ostatnia

.

przedostatnia


Ostatnia notka w roku powinna osiągać maksymalną kondensację. Powinna aspirować do miana osobliwości poprzez dążenie do nieskończonej gęstości.
Ostatnia notka powinna ociekać treścią jak ludzkie płuca dopiero co wyjęte ze słoja z formaliną, jak napęczniała od soku pomarańcza po draśnięciu napiętej błonki.
Ostatnia notka powinna być jak ostatni kadr tuż przed eksplozją.

'''


Pijane cienie tańczą na ścianach jaskini. Orgie, wino i ciężka muzyka podzwaniających kajdan.
A później jakiś kretyn wychodzi na zewnątrz, ślepnie, wraca jako proroko-rzekomo-zof i wyciąga wszystkich na zewnątrz. Chodźcie, mówi, tam jest prawdziwy świat. Ludziom się wydaje, że chcą prawdy, ale to wciąż za mało, by odciąć sobie nogę, choć widzieli już film instruktażowy. Z oczu zofa wysuwają łebki dwa węże i rytmicznie kołysząc się, wysykują stare bajki o wszechwiedzy i omnipotencji.
Piły w dłonie i do dzieła. Przezornie nikt nie słucha kobiet, bo wiadomo od zarania dziejów, że to zaraza i nieszczęście, tfu, na psa urok.
Pandora z natury nieśmiała dłubie cichutko przy zamku kajdan. Smutno jej, bo zapomniano, że ma wszystkie potrzebne klucze.
Ślepiec wrzeszczy, że za prawdę płaci się krwią, ale tego warte jest życie. Wyległy więc kaleki, znacząc drogę jak pocięte ślimaki. Dochodzą do skraju jaskini a tam niebieski ekran. Nikt nawet nie zadbał o porządną otchłań lub oślepiające światło. Krew z odciętych kończyn kapie na błękitne tła, a z oddali niesie się potężny krzyk, że ekran jest upierdolony i żąda rurki z kremem.  Lud jaskini się wścieka, zof się broni, że nie
wiedział, bo oczy wcześniej stracił, przewracając się na załamku skalnym. "Co za sierota", myśli Pandora", odchodząc w błękitną dal. Za trzy dni podpisze świetny kontrakt, jako że zapotrzebowanie na femme fatale w filmach nigdy nie osłabnie.
Ludzkie stadło umiera powoli, ale umrzeć nie może. Nadlatuje gigantyczny akordeon i pożera części ciała, które w przeciwieństwie do wątroby nie odrastają, a na koniec tańczy samotnie danse macabre. To takie smutne. Sęp nie wpadł na imprezę. To takie smutne.

śpię.


Śpię na jawie. Śpię w snach.  Nie budzę się. Nie zasypiam.
Prawie nie śnię, nawet wtedy gdy umysł trawi tysiące obrazków. Przecież to nie sny tylko jakieś nieobejrzane seriale lęków i niespełnionych codzienności. Spięcia na obwodzie kalekiej umysłowości. Dlatego ich nie zapamiętuję. Tak na jawie jak i we śnie.

Logika wypasa się na stalowoszarych łąkach. Nie potrzebuję tej suki, zarżnęła mi cichaczem poczucie humoru, które teraz wegetuje jako zombie. Dlatego czarny humor jeszcze się mnie trzyma.

Mówię Wam, że wcale nie jestem inteligentna i nie chcecie wierzyć. To oczywiste, nie możecie się ze mną zgodzić, bo sami wyszlibyście na głupców. Wolicie wyjasniać chwilową słabością lub zasłoną dymną kurtuazji.
Tym, którzy podejrzewają od dawna, jaka jest prawda, przezornie nie mówię, bo przecież samą siebie też kiedyś przekonałam, że nie jest najgorzej, jak na kupę nadgniłego mięsa.

Tymczasem prawda jest taka, że u zarania istnienia opanowałam sztukę sprawiania wrażenia.

łagodna natura


Równie łatwo można poparzyć się gorącem i chłodem.
Jesteś szczęściarą - masz dostęp do obu skrajności. Na ogół zjednoczonych w ambiwalencji.

Odkąd pamiętam towarzyszył mi obraz zamrożonych płomieni. Języków ognia liżących od wewnątrz kryształ lodu. Syczących i wściekłych,
wciskających się lubieżnie w najdrobniejsze pęknięcia. Właśnie w rysach gromadziły się najgęstsze pokłady furii czekające na swoją godzinę.
Spuszczone z łańcucha siały spustoszenie, a później potulnie wracały i łasiły się do nóg. Falą pobudzenia podskórnie wspinały się, oplatały
nadgarstki i szyję, a później gwałtownie wżerały się głęboko w tkanki, zatapiając ciało w eksplozji dreszczy. Nie licząc tych chwil na zewnatrz panował sterylny chłód.

Właściwie niewiele się nie zmieniło.
Może poza tym, że ogień ma tysiące odcieni i odblasków. Czasami ogrzewa się w cieple łagodniejszych uczuć i gładzi policzek opuszkiem szponiastego palca. Poza tym, że zimno niekiedy ulega skropleniu i na skórze osadzają się kropelki.
No i może poza tym, że dzisiaj u podstawy kryształu rozlałabym jeszcze ciekły azot dla lepszego klimatu.

cytaty z przeszłości: część ix-plus-pierwsza


'GOLEM nie posiada, zgodnie z powiedzianym, osobowości ani
charakteru. A właściwie może prokurować sobie dowolną osobowość — przy
kontaktach z ludźmi. Oba powyższe zdania nie wykluczają się nawzajem,
lecz tworzą błędne koło: nie umiemy bowiem rozstrzygnąć dylematu, czy
To, co stwarza różne osobowości, samo jest osobowością? Jakże może być
Kimś (tj. „kimś jedynym”) ten, kto potrafi być Każdym (więc Dowolnym)?
(Według samego GOLEMA zachodzi nie błędne koło, lecz „relatywizacja
pojęcia osobowości”; jest to problem związany z tak zwanym algorytmem
samoopisu, czyli autodeskrypcji, który wtrącił psychologów w głęboką
konfuzję.)'
Stanisław Lem, Golem XIV

.


Teraz, gdy dotknęła ustami pustki, wszystko się zmieni. Wiedziała.
Raz na jakiś czas uzyskiwała dostęp do tego rodzaju wiedzy - na granicy objawienia i intuicji. Jakby przeświadczenie o prawdziwości i niezachwiana pewność miały źródło nie tylko w niej, ale częściowo pochodziły z zewnątrz. Wyrastały z odległej przeszłości i potężnymi w swej eteryczności konarami sięgały głęboko w przestrzeń umysłów zaistniałych i istniejących, a młodymi pędami dotykały zamkamarków rozchwianej przyszłości.

garść notek nadgryzionych przez jesienne mole


**
Bohater szczęśliwy od tragicznego różni się kolorem parasola.

**
Alicja przyjrzała się strukturze rzeczywistości. Postrzegała świat tak jak każdy człowiek - jako świat częstotliwości: świat spojrzeń, świat dźwięków, świat drobin zapachu, świat rozchodzących się zaburzeń. Tego dnia Alicja dostrzegła wreszcie struny. Widziała tylko te, które mogła zobaczyć poprzez to, kim była. Wyczuła częstotliwość drgań swojego wycinka czasoprzestrzeni. Już wiedziała, już czuła, jak konstruktywnie interferować.

**
Alicja wyszła w  świat, nucąc wesoło piosenkę o podrzynaniu gardła. Rozłożyła ogromny, żółty parasol i zaczęła przeskakiwać kałuże. Nie można wpaść w kałużę! Każda z nich jest mętnym zwierciadłem, a Alicji było wyjątkowo dobrze w tej rzeczywistości, ponieważ było jej dobrze w sobie.

**
Każde przebudzenie Alicji wiązało się z kolejnymi odkryciami. Alicja zrozumiała, że poczucie zagubienia jest ceną, którą płaci się za swobodne egzystowanie w kilku rzeczywistościach. Przestała szukać dla siebie kontekstu. Jej stan naturalnie był nieustalony, choć ograniczony wieloma regułami. Czysty, jasny układ, dopóki nie odkrywało się niespodziewanie, że niektóre z zasad nie obowiązują lub są spontanicznie łamane. Przeróżne wydarzenia wprawdzie ustalały stan Alicji, ale po chwili wszystko zaczynało ponownie wirować w szaleństwie.

**

)(


Powtarzam jak zaklęcie -

Jestem czymś więcej, niż tylko przejawem.

tańczące cienie


Zgasnąć i co? Zachodzić cieniem a później zostawiać smolisty ślad na wspomnieniu śniegu? Nie może być.
Uruchomił się dobrze znany tryb pracy reaktora jądrowego. W kompletnym chaosie i zabieganiu od dwóch dni pisałam w swojej głowie, ale nie miałam czasu przelewać nakręconego bełkotu przez opuszki palców. Teraz nie ma już sensu odtwarzać.
Najważniejsze, że mam stosik atomowy wprowadzający w stan hiperpobudzenia i niepoprawnej radości. 
Wprawdzie gdzieś tam w środku mnie zostało błotniste bajorko. Znalazło nawet odbicie na zewnątrz, odkąd pogoda konformistycznie dostosowała się do wewnętrznego klimatu. Tylko jakoś nie potrafię się tym martwić.
Rozwiesiłam liany nad bagnem, przystroiłam spróchniałym drewnem, żeby świeciło w nocy, rozrzuciłam gdzie popadnie błędne ogniki. 
Pięknie jest.
Tańczą cienie! Tańczą cienie!

Ernest Bryll - "Boże Narodzenie"


Podaj mi rękę. Tylko tyle mamy
Ciepła co w sobie jak kubek podamy
Z wrzącą herbatą. Zapal jakieś słowo
A ja zapalę inne jak lampę naftową
Może ten mróz podniebny jakoś przeczekamy
Podniosę lampę, zobaczę - a może
Ktoś jeszcze obok czuwa choć go nie widzimy
Może ten blask mu usta zamknięte otworzy
I powie: Obok nas czuwają inni.

Zaszeptaj. Niech odszepcą. Krzyknij. Niech odkrzykną.
Popatrzmy dobrze w tę noc trzaskającą
Podnieśmy płomyk niech wszyscy przeliczą
Ilu nas jest...

###


- Ma pani ogień?
- Nie. Jestem wypalona.
- A myślałem, że rude są ogniste.
- To sztuczny ogień i przy okazji sztuczna inteligencja.

zamrożony nieporządek spojrzenia (niemędrca szklane oko)


Mierzę świat przezroczystym spojrzeniem.  Prześwietlone przedmioty i krajobrazy odsyłam karnie na krańce percepcji.
Patrzę poprzez.
Od intensywności szklistego zapatrzenia zaczynam chorować na przenikanie.
Przenikam przez lepkie szyby separujące od rzeczywistości, przez zataczające się ściany skrywające ludzkie niezrozumienia i małości. Chcąc oddalić się od cudzych emocji, kucam w sobie i obejmuję kolana ramionami. Niestety przez siebie też przenikam i wypadam z kadłubka oswojonej samotności.
Palce u nóg zatapiają się w dywanie jak w piasku. Coraz głębiej i głębiej, aż znikają całe stopy. Później już leci szybko. Spadam przez podłogi błyskawicznie przechodzące w sufity. Mijam piwnice, fundamenty, pokłady skał i ziemi.
Ostatecznie wnikam do cieplutkiego jądra Ziemi i otulam się magnetyczną kołderką ruchu.
Sen wprasza się do głowy, gdy pływam w falującej, słodkiej masie - melasie domniemań. Ciało powolutku się topi. Komórki ześlizgują się warstwa po warstwie i rozpływają w zmyślonej bezmyślności.

kres za kotarą obojętności


Doszłam do kresu możliwości.

Z braku lepszych pomysłów jeszcze rzucam się w nieustalenie, ale nawet ono się utrwala i zamyka mnie w klatce zamrożonej amorficzności. Palcami błądzę po szkle, ustalając granice więzienia. Jego ściany delikatnie falują i odkształcają się pod wpływem dotyku. Gdy wbijam paznokcie, drżą, jakby miały łaskotki, ale nie pozwalają przeniknąć na drugą stronę. Żadne uderzenie nie pomoże przy takim połączeniu wytrzymałości i elastyczności. Wiem z góry, ale i tak walę pięścią z bezsilności. Szkło chichocze i czerwieni się gdzieniegdzie, ukazując odbicie mojej złości.
Później na chwilę zamiera. Wstrzymuję oddech wobec narastającej ciszy bezruchu.
Zauważam na szybie maleńką plamkę szarości. Już czuję, co się stanie, ale i tak próbuję ją jeszcze szybko zdrapać. Ślad bezbarwności rozrasta się i wszystko zalewa fala zmętnienia.
W środku nie ma przestrzeni. Nie ma nieba. Nie ma słońca, barw, dnia, nocy, ludzi, zdarzeń, wrażeń. Nic nie ma.
Siadam po turecku mniej więcej w centrum klatki. W srebrnej poświacie dostrzegam, że skórę mam powleczoną szkłem.
Szklaną dłonią sięgam do szklanego policzka. Szklanym językiem badam obojętny chłód szklanych ust. Szklane powieki rozprowadzają na powierzchni szklanych oczu cieniutką, ochronną warstewką szklanych łez. Mruganie sprawia, że szklane rzęsy cichutko podzwaniają, gdy o siebie uderzają.

Nie dziwię się. Stąd pewność, że osiągnęłam już kres możliwości.

notatka o końcu świata


Śniło mi się doniesienie o końcu świata.

Na dworze był lekki mróz a pod butami cichutko skrzypiał ubity śnieg. Zmrożony na tyle, że obcasy właściwie się w niego nie wbijały.
Nie zostawiwszy po drodze żadnego znaczącego śladu, stanęłam przed drewnianymi drzwiami samotnej gospody i rzuciłam okiem na przymocowany do nich kawałek pergaminu.

Notatka prasowa o końcu świata.

Bez emocji przeczytałam, kiedy nastąpił i co się stało.
A później przewinęłam stronę i przeczytałam kilka komentarzy. Wszystkie idiotyczne, niektóre z pretensjami, że przebieg był niezgodny z zapowiedziami.

Mam złe wieści.
Przeżyli głupcy i niezorientowani.

metafizyka fizjologiczna


dopadał mnie dawniej niepokój iście metafizyczny!
gnieździł się w klatce piersiowej
wibrował w myślach
ciążył i drażnił
a ja
         przepojona filozofią i poezją,
         upita słowami i odrealnionymi filmowymi obrazami,
         pobudzona dyskusjami i ideami
drżałam i szukałam przyczyn
aż odkryłam, że niepokój wywołuje tachykardia
o proweniencji iście fizycznej, by nie rzec wprost fizjologicznej

z radykalnością właściwą biblijnym przykazom
pozbyłam się narządów odpowiedzialnych za łomotanie

jednak
czasami wciąż się zastanawiam
czy poprawa jest wynikiem
braku serca
czy tarczycy

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

a ostatnio
deliberuję sobie, ukryta głębiej pod warstawami mrozu, muzyki, ubrań i tkanek, jak daleko posunęłabym się w odciananiu członków sprawiających kłopoty

przecież
                  różne takie wżerają się w mózg
                                                                                 - myśli

- śliskie robaczki usłużnie spulchniające glebę wyobraźni
tłuściutkie, śliczne i liczne
tylko dlaczego mają takie wielkie ZĘBY!

pakietu cytatów z przeszłości nie wyplenisz z pamięci, chyba że razem z pamięcią

         Nasionko pewnej wiedzy, które mimochodem
         światło biegnące przez nas sieje na pożywce
         gliwiejącego mózgu, rozrasta się w obłęd*


Powiedz, moja droga, co zrobisz, gdy szaro-biała masa zgliwieje doszczętnie? Gdy przerosną ją mgliste pasma obłędu?
Równie radykalnie oderżniesz siebie od kalekiego jestestwa?
Pozbawiona pewności, która część to ty... zniszczysz czy zachowasz obie?

______________________
*Rafał Wojaczek, Scherzo

t r z e s z c z ę


Nie przyswajam słów. Nie wchłaniam dźwięków. Nie rejestruję obrazów. Nie potrafię rozmawiać. Nie chcę być z ludźmi. Nie pozwalam na dotyk.
Uwiera mnie krzesło. Przeszkadza chodnik. Odstręcza łóżko. Odpycha wnętrze samochodu. Męczą światła. Mierżą ulice. Brzydzą ciemności. Zgniatają knajpy. Dręczą sklepy. Morzą parki. Krępują kina i absolutnie wszystkie miejsca użyteczności. Nie mogę niczego przełknąć.
Nie umiem zasnąć.

Kładę się płasko na twardej podłodze i czuję, jak włókna ubrań drażnią skórę. Zdarłabym je natychmiast, ale każdy gwałtowny ruch jest wyzwaniem ponad moje możliwości. Poza tym skóra zaraz zaczęłaby miażdżyć wnętrzności.
Leżę więc dalej, na brzuchu z czołem przyciśniętym do grzbietu zimnej dłoni.
Bezmyśleć próbuję, bo myśli napawają mnie obrzydzeniem, ale nie tak łatwo wygrać z przyzwyczajeniem. Żeby zagłuszyć szum ścieków spływających korytarzami świadomości, wsłuchuję się w siebie.

Narasta dźwięk.

Trzeszczę.

Na stykach wszystkich kości.

Szeleszczą

warstwy tkanek
a głębiej
błony lipidowe komórek o wątpliwej użyteczności.

Widzę.

Jestem talią kart, z której wysuwają się blotki. Po chwili okazuje się, że nie zostaje żadna o przyzwoitej wartości.

Drżącymi rękami usiłuję ułożyć rozsypane składniki. Jednocześnie myślę, jakim cudem dawałam się zwieść złudzeniu całości?

Zbieram się z podłogi.

Ręce. Nogi. Głowa. Tułów.
Ciało stoi.
Na jasnym drewnie rozlewa się iryzująca jak benzyna plama umysłu.
Dłonie sięgają po pudełko zapałek. Wyjmują jedną i pocierają o draskę.
Oczy obserwują opadający płomień.
Barwna plama zajmuje się ogniem.
Powieki zaciskają się, ale zamiast oczekiwanej ciemności

ogień
               ogień
                              ogień

~


Odłamki potłuczonych luster sypią się z nieba.
Światy załamują się w drobinkach. Wirują w świetle i opadają na ubity śnieg  jak zimne iskierki.
To jest mój czas.
Moja przestrzeń.
Moja rzeczywistość.

moc


Płatki pociętej bieli. Maleńkie morgensterny wcinające się zimnem w strukturę istnienia. Drżenie roznoszone iskrzącym szlakiem zaskoczenia.
Uwielbiam.
Wprawdzie niczego to nie zmienia, ale ma przez chwilę niewiarygodną siłę rażenia.

abstrahując


Zamorduję Cię kiedyś, wiesz? To nie jest groźba, a czuła obietnica. Rozszarpię własnoręcznie, lecz jeszcze nie dziś. Paznokcie nie są pomalowane pod kolor Twojej krwi. Chyba że masz ciemnobłękitną, ale nawet jeśli tak, to nigdy się nie przyznasz.
Od roku wszystkie zegary stoją, a Ty chcesz chodzić? Mam pamiętać o nakręcaniu i czułym drapaniu pokrętełka, aż koła zębate zadrżą tak nagle, że pójdzie iskra?
Uważaj, bo ja zacznę grzebać, rozkręcać i dłubać.
A każdy kwarcowy zegar, do którego się zbliżę, rozpada się w rękach. Kryształ kwarcu zmienia się w kwarcowy piasek, drwiąc z dalekich wspomnień plaż i mórz. I może kilku muszelek.
Drobinki czasu zaprószają oczy i niepostrzeżenie przechodzimy do teraźniejszości, w której odkrywa się, że to wcale nie piasek. Przecież pochodzenie jest niewymazywalne. Każde mrugnięcie kruszy odłamki lodu ukryte pod powiekami. Łzy to nie łzy, odkąd byle uliczny ekolog może podbiec i zebrać je wszystkie do probówki jako dowód ocieplenia klimatu.
Jakiego ocieplenia?!
Świat naprawdę nie widzi tych lodowych posągów na ulicach? Nie ma ludzi, nie ma zdarzeń, nie ma spotkań. Zostały rzeźby zastygłe w dawnej, zakłamanej świetności na zmrożonej szachownicy powtarzalności.
Nie mogę stworzyć niczego bez iskry inspiracji, więc gram w szachy codzienności. Przesuwam swój pionek do chwili, w której zamarznie ostatnie włókienko emocji stanowiące źródło prymitywnej moralności. Wtedy odstrzelę łeb królowi.

Czego chcesz? Myślobrazu wydartego z najdziwniejszych snów zamiast paczkowanego z rzeźnicką finezją mięsa oczywistości?  Mam nie być świnią? Jeśli posłucham, kogo będę szlachtować w chwilach słabości?

Mam w głowie gliniastą masę wyobrażeń i stare koło garncarskie, które nie wiruje zwyczajnie, a precesuje, żebym podczas tworzenia mogła wyznaczać kierunek istnienia.  Wszystko działa, pędzi, pulsuje potencjalnością i już mam rzeźbić w zaistnieniach i zmyśleniach, gdy spostrzegam, że nie mam dłoni.
Nie ma słownych poruszeń i zajebistości.
Może się ucieszysz, bo nie ma też radości.

Zgodziłabym się z przyjemnością, ale to se ne da.

(Jest jedna metoda, słabo sprawdzona. Daj mi pierwsze zdanie najwyższej jakości a dostaniesz zajebisty tekst.)

(p.s. podążając za kropką, nareszcie znalazłam coś, co chciałabym znaleźć)

zaufanie


Nie ufam swojej wiedzy. Nie ufam swojej pamięci. Coraz więcej informacji sprawdzam. Upewniam się czy dane wygrzebane z odmętów są prawidziwe. Nie pamiętam, by moje przewidywania kiedykolwiek się nie potwierdziły, ale przecież nie ufam pamięci.
Niepokoi mnie brak zaufania do samej siebie w kwestiach ogólnych.
Chociaż doskonale wiem, że to cena, jaką płaci się za znaczną pewność w wybranych dziedzinach.

uprzejmie informuję


"Może dziś sen łaskawie dokuśtyka. A nuż jakiś autor się nad tobą zlitował i wpisał to w fabułę."

Napisano: 'uważajcie, czego sobie życzycie'. Dopisano: 'z uwagi na złośliwość autorów.'

Ziarenko bólu przez dwa tygodnie podlewane zmęczeniem i nieustabilizowaną emocjonalnością wystrzeliłlo, objawiając światu aspiracje bycia silnym, wielkim i na dodatek świadomym dębem. Świat się nie przejął, ja natomiast bardzo, ponieważ do eksplozji doszło w mojej głowie. Wściekła bestia tłukła przez dziesięć godzin w ściany czaszki, coraz bardziej zniecierpliwiona skromnymi rozmiarami ludzkiego mózgu.
Może trwałoby to krócej, gdybym się nie uparła, że zostanę jeszcze na 8 wykładach. Krótkich przecież. Planowo ledwie po pół godziny każdy, więc w praktyce po 45-60 minut, jako że na dyskusję panelową zaproszono samych Polaków. Właściwie było warto, bo na trzech z nich moja świadomość została zaabsorbowana do tego stopnia, że neurony nie miały czasu informować o bólu i nawet oczy mniej łzawiły.
A o godzinie 19, tuż po przekroczeniu progu domu organizm powiedział dość. Zdjęłam płaszcz i buty, padłam na kanapę i zasnęłam. Pojedynczy przebłysk przypomniał jeszcze przed wyłączeniem świadomości o konieczności zmycia makijażu i jakimś prysznicu. Nawet podniosłam głowę, ale wtedy tak łupnęło i pociemniało przed oczami, że na czysto emocjonalnych obwodach przemknęły impulsy, które można przetłumaczyć na język bardziej wysublimowany jako: "kurwa" oraz "pierdolę".
Obudziłam się po ponad 15 godzinach, wciśnięta między gigantyczne poduszki zajmujące połowę dostępnej przestrzeni.
Może ilość snu nie robi wrażenia, ale dla mnie w normalnych warunkach jest ona zabójcza, na szczęście raczej nieosiągalna.

A piszę to wszystko tutaj i do siebie w celu przekazania jednego komunikatu:
Jeśli jeszcze raz dasz się wmanewrować w taki maraton, to zobaczysz co znaczy rozdwojenie jaźni i opór stawiany przez alternatywną osobowość.
Rzekłam.

12:43
(starzeję się, ot co)

przypis do życia


Dzień wyrósł u stóp, jak nieunikniona, ponura konsekwencja nieogarnionej liczby zdarzeń. Pomyśleć, że wszystko zaczęło się, prawdopodobnie, od Wielkiego Wybuchu. A później było już tylko gorzej.*
Poranek wykorzystał dogodną pozycję startową, chwycił za kostki i uśmiechnął się tym uwodzicielsko-drwiącym uśmiechem seryjnych morderców. Nie pozostaje nic innego, jak kopnąć drania w mordę i zająć się sobą.
Ale zaraz, zaraz.. Tak od razu w mordę z samego rana? Zanim człowiek włoży odpowiednie buty?
Coś tu jest bardzo nie w porządku.****
(Bohater przezornie bierze prysznic, skoro wątpliwość została zasiana (por. ****))
- Na pewno nie ma tu żadnych bohaterów.
(Zarówno w fabule jak i poza nią zapada niezręczna cisza.)
Przepraszam, ale jako autor, jestem tu nie tylko od narracji. Dialogi również piszę.
- Ta.. no właśnie widzę. Narracja jest o dupę roztrzaść. Przypisy lepsze, ale nierówne. A przed dialogami brońcie nas bogowie. Niestety wszystko parszywieje, więc zadowolimy się cenzurą.
Nie skomentuję.
- "Stwierdził autor, zaciskając usta." Nie rób tak więcej, bo wyglądasz jak guwernantka na pensji dla panien z dobrego domu kontemplująca obraz 'Srający kot na pustyni'.
Odchodzę. Dalej piszesz siebie sama! Nie życzę sobie, żeby mnie własny wytwór pouczał.
- Nie zostawisz chyba niewolnika bez kajdan. Dzyń, dzyń - wyciągnęła żałośnie ręce, podzwaniając łańcuchami - To trochę dezorientujące, wiesz? Miało cię nie być, a dalej opowiadasz. I nie ma się o co obrażać. Obraz kota jest metaforą życia - każdy ma swoją kuwetę, kupkę gówna i złudzenie, że to znaczy coś więcej. Hm.. Mówisz, że kiepska interpretacja? Ale ma potencjał!
To miała być krótka notka o gniewie.
- Obawiam się, że nic z tego nie wyszło. Na szczęście. Czemu się tak wściekle przyglądasz. Kurze łapki robią się od mrużenia oczu.
Powiem ci co wyszło... Bohater z ustalonych ram fabuły wyszedł! I srający kot!
- Oj, to biedna guwernantka i perski dywan. A przede wszystkim biedny urzeczywistniony, opluty kot. Spójrz prawdzie w oczy: kogo obchodzi gniew i przegryzanie gardła? Na to ostatnie niby miałaś kilka dobrych pomysłów, ale dzisiaj ludzie wolą obejrzeć film Tarantino. Chcą wyobrażeń podanych na tacy, mięsiście ociekających i pachnących równie podejrzanie co perski dywan.
Koniec. Idę spać, a Ty zostajesz tutaj.
- Furia już śpi? Wykorzystaj okazję. Może dziś sen łaskawie dokuśtyka. A nuż jakiś autor się nad tobą zlitował i wpisał to w fabułę.

*Zauważył ktoś, jak maleńkie "prawdopodobnie" rozwala narrację? Człowiek zaczyna pisać, czuje wszechwiedzę rozlewającą się
przyjemnie w opuszkach palców aż tu nagle - ! - prawdo-podobnie.
Ersatz znaczy. Można niby pominąć, ale powiedzmy, że dysk twardy z zapisanym tekstem przetrwa jakieś 3000 lat i stanie się jednym z nielicznych śladów życia starożytnych.** Wtedy będzie wstyd, że się wierzyło w szemrane teorie - różniące się od obecnie obowiązujących szemranych teorii. W ten sposób "prawdopodobnie "staje się absolutnie konieczne. Mało - za przeproszeniem - prawdopodobny rozwój wydarzeń? A gdyby w wyniku końca świata, np. tego za trzy lata lub dowolnego innego, szlag trafił prawie calusieńkią Ziemię? Wtedy zgodnie z wszystkimi prawami wszystkich wszechświatów nieszczęścia zaczną się agregować i biegać stadami. A ja sobie myślę,
że takie małe stadko nie przegalopowałoby obojętnie obok gratki, jaką jest mój dysk twardy. A ten, przygarnięty i zagubiony po drodze, otworzyłby się po kilku tysiącleciach i zdradził tajemnice sympatycznemu archeologowi, którego opis pozwolę sobie pominąć (a nuż poczucie humoru zagubi się gdzieś w czasie końców świata. Koniec świata, nie?).
**Straszna sprawa z tą archeologią przyszłości, gdy sobie człowiek uświadomi, że dziś prawie każdy jest piśmienny! Jeśli zachowają się wyłącznie teksty źródłowe, a słowniki przepadną (por. *), to wątpię by ktokolwiek potrafił odtworzyć zasady ortografii czy poprawnej polszczyzny. "Tó pisze poszłem" - patrz Zdzisław***! Moje pierwsze zdanie w tym dziwnym języku!
***Zdzisław to oczywiście metonimia. (a teraz wracamy grzecznie do trzeciej linijki tekstu)
****Przezornie nie użyto "coś tu śmierdzi". Gdy bohater przebywa w pomieszczeniu sam, owo stwierdzenie, zważywszy na ograniczoną liczbę możliwości, stawia go w dość niezręcznej sytuacji wobec dociekliwego czytelnika.

(~)blog. pl kiedyś pytał, jakie dodatkowe opcje by mnie ukontentowały. Dochodzę do wniosku, że rozbudowany moduł zarządzania przypisami byłby strzałem w dziesiątkę.(~~)
(~~)Albowiem wszystko, co mówię jest dygresją.

hasło na dziś

różowe rękawiczki Baudelaire'a

stwarzanie


Trzeba być sobą!

Wiara w to hasło wydaje się zupełnie naturalna, gdy ma się lat naście. Dorastanie jest jednym z najbardziej egocentrycznych okresów życia. Stanowi drugą fazę dzieciństwa.
W pierwszej oczekuje się, że świat zaspokoi wszystkie potrzeby. Musi być ciepło, miło, syto, a jeśli coś nie działa, należy krzyczeć. Prosty mechanizm będący oczywistą konsekwencją wyprostowanej postawy ciała u ludzi.
Poprzez etapy pośrednie wchodzi się w w fazę drugą - już nie tak fizjologiczną. Ta jest efektem nienajgorzej zorganizowanego mózgu u hominidów. Ego nadal pozostaje w centrum uwagi, ale zainteresowanie przesuwa się w stronę światopoglądowo-poznawczo-..-teleologiczną.
A jako że w naszych czasach i w naszej przestrzeni nacisk kładzie się na jednostkę, to chwytliwe hasło "bycia sobą" można rozpatrywać w oderwaniu od lub - co łatwiejsze - w opozycji do warunków zewnętrznych i społeczeństwa.

Pomijam kwestię gotowych wzorców "siebie", z których można korzystać. Internalizujemy od tak wczesnych lat, że każdy jest ściągnięty z mniej lub bardziej szemranych źródeł.

W pewnym momencie życia wszyscy dysponujemy swoją własną, społeczno-genetyczną mieszanką ja. Pięknie. Tylko czy to już jest na pewno owo "sobą", z którym trzeba żyć w zgodzie? Kwestia jest poważna, bo takie ego warunkuje - zgodnie z przewodnim hasłem - całe bycie.

Ludzie w moim otoczeniu często robią coś i jakby na usprawiedliwie dorzucają - jestem sobą. Nie robię, dlatego że jestem, a jestem dlatego, że robię. Sprzeczność? Widać jestem sprzeczny. Świństwo? Nie, nie jestem świnią - jestem jaki jestem i tak po prostu wyszło. Przecież nie przyjmę jakiegoś wzorca postępowania, to mnie ograniczy. A ja chcę być sobą. Wolnym.

Nie wystarczy odkryć siebie, trzeba jeszcze siebie tworzyć.
      /Ale jak to?  Wymyślać, dopasowywać się do sztucznych ról, pozowanie, nakładanie nieprawdziwych masek./
Maski, czyli po prostu formy wyrazu są nieuniknione w każdej sytuacji. Nie są fałszywe z założenia. Nie mówię o udawaniu, czyli o zewnętrznym przejawie, który nie ma poparcia we wnętrzu. Mam na myśli czynne kształtowanie siebie - rzeźbienie w biologiczno-społecznej bryle. W ramach wrodzonych i nabytych cech.
Tak naprawdę dopiero akt świadomej kreacji może nadać indywidualny rys istnieniu. Nie ma to żadnego związku z zaprzeczaniem swojej naturze, bo ta poprzez wyczuwalne dysosnanse daje znać, gdy dłuto trafi w nieodpowiedni punkt. Pozostawanie w fazie bryły jest rodzajem niewolnictwa - zniewolenia siebie sobą.

Dopiero, gdy stworzy się właściwy byt, można właściwie istnieć. W pełnej zgodzie z sobą.

o postrzeganiu (bełkotliwie)


Świat jest zdegenerowany.
Życie jest zdegenerowane.

Na początku jest kilka poziomów ważności istnienia i kilka poziomów postrzegania, z których każdy stanowi jedność. Niektórzy ludzie mają je poukładane w głowie i poruszają się pomiędzy nimi zgodnie z ustalonym porządkiem. Nie mają potrzeby pytania, sprawdzania, rozgrzebywania. Nie dziwi ich, że nagle coś przebiega niezgodnie z regułami.*

Intelekt/świadomość znosi degenerację.
Poziomy wartości rozszczepiają się i nagle obraz świata oraz siebie w świecie staje się bardzo złożony. Trzeba poświęcać coraz więcej czasu, żeby go rozszyfrować i zrozumieć.  
Coraz trudniej znaleźć drogę z mnogości do jedności. Niby wystarczy usunąć czynnik rozszczepiający, ale coś się zacięło.

Sprawa komplikuje się dodatkowo z jeszcze jednego powodu. Kiedy trzyma się w dłoni wiele balonów na długich wstążkach, wystarczy że zawieje wiatr, a tasiemki plączą się i w pewnym momencie nie sposób nad nimi zapanować. Jednakże nawet wtedy nie jest źle - pod warunkiem, że ma się baloniki wypełnione helem. One przynajmniej wyglądają ładnie, a wrażenie lekkości zostaje zachowane. Niektórzy posiadają równie wdzięcznie prezentujące się baloniki z wodorem w środku. Nie zawsze są tego świadomi i ewentualny wybuch może skończyć się tragicznie. Jeszcze inni mają balony cięższe od powietrza, więc wleką je za sobą żałośnie, narażeni na kpiny.

A jak to jest ze mną?
Czuję się tak, jakbym została obsadzona w pretensjonalnej roli pieprzonej księżniczki chaosu. Wstążki, które ściskam w dłoni, zyskały samoświadomość i nauczyły się wiązać węzły marynarskie. Mam spętane kończyny, więc stwierdzenie, że balony należą do mnie, byłoby lekkim nadużyciem semantycznym. Bez przerwy coś wybucha, plącze się pod nogami i udaje ołowiane kule.
Mimo to wcale nie mam ochoty wypuścić tasiemek z rąk.

_________________________________________
*Kiedyś sądziłam, że wszyscy odczuwają wewnętrzny przymus odkrywania i wychwytują rozdźwięki poznawcze, ale okazało się, że nie.
Niektórzy ludzie szybko z tego wyrastają.

bittersweet


Nie jestem już tak zmęczona sobą.
Spontaniczność pozwoliła wyrwać się z klatki własnych myśli.

W środę zwijam się jeszcze w przestrzeni samej siebie. Świadomość wstrząsana spazmami nie jest zdolna do objęcia większego fragmentu rzeczywistości. Odbiera jedynie ostre ukłucia drobinek ego, roztrzaskanego jak lustra wieszczące nieszczęścia.

Potłuczenie siebie faktycznie przywołuje pecha. Pojawia się w piątek, uniemożliwiając współpracę z komputerami i właściwie każdym sprzętem elektronicznym. Po bezskutecznych próbach zapanowania nad irracjonalnymi problemami, nawet zdezorientowany prowadzący usiłuje mnie pocieszać, że suma pecha i szczęścia w życiu jest równa zeru, więc czeka mnie dużo dobrego. Zagrałabym w lotto, ale w wariancie chybił trafił co najwyżej szlag trafi generator liczb losowych.
W efekcie jestem o dziwo pozytywnie nastrojona - pech dostraja poprzez ironię, szczęście samo w sobie jest zastrzykiem uśmiechu. Zresztą rozdzielanie losu na te dwa przeciwstawne składniki jest iluzoryczne. Lepiej myśleć całościowo - jak o scalonym pozytywie i negatywie. Życie w takim ujęciu lubię najbardziej.

Dopuszczenie do siebie piątkowego pecha było możliwe dopiero po niespodziewanym otwarciu drzwiczek umysłowej klatki. To w czwartek wlały się we mnie ponownie życie i świat.
Nagłe zawrócenie zamiast wyjścia, dziwne spotkania, zmiany planów, trochę Lyncha, odrobina śmiechu. Zwyczajność, w którą niewiadomo jak się w plątałam. Aż w pewnej chwili rozmowa zaczyna transformować i przypominam sobie, że nie każda dyskusja uwalnia zionącą pustkę. Nie wszystko bierze się z przeinteletualizowania, a słowa przestają być miałkie. Czuję strumień znaczenia i sieć porozumienia, która prawie wizualizuje się jako pajęczyna rozciągnięta między czerwonymi kanapami.
Spotkanie. Porozumienie. Nic nadzwyczajnego, ale pozwala mi wykroczyć poza siebie.

Źródłem mojego niezadowolenia jest niemożność przekraczania.
Zamknięcia, odcięcia, ograniczenia drażnią każde włókienko układu nerwowego.
Dlatego kierunki mojego istnienia wyznacza dojmująca potrzeba transcendowania.

blaknięcie


Blogiem mówię do siebie. Dialogiem ustalam się w sobie. Myślę sobą przez siebie. Tłumaczę się sobie odbitym spojrzeniem.
ja
jak nowotwór 
egoistycznie się pleni we wszystkich osobach 
przerasta myśli 
nacieka słowa

Pożarłam samą siebie.

W lustrze jest tylko wijący się cień.

zajebistość destrukcyjności


Jak się ongiś rzekło, dopada mnie czasem konieczność tworzenia. Ubezwłasnowolniona wyciągam prymitywne narzędzie tortur, które piszczy i skrzypi śmiesznymi aspiracjami stania się bronią masowej zagłady. Jeśli nie powstrzymam się na czas, katuję Bogu-ducha-winnych ludzi wytworami koślawymi.
Są Państwo ciekawi, jak wygląda proces produkcyjny w tym dziwnym zakładzie?
Gdy jakimś cudem znajdę w sobie coś wartego wydalenia - krztuszę się, duszę, kaszlę, pluję, skręcam, podskakuję, staję na głowie, zżymam się i wyżymam, rodzę w bólach.. - ten etap jest intensywny i dość przyjemny wbrew pozorom. Potencjalność zawsze mile łechce, wiele obiecuje. Ośrodek nagrody pluszcze się i pławi, sącząc koktajl nadziei, a ja doznaję objawień i widzę parasolkę wbitą w sam środek tłustego tyłka ciała migdałowatego.
Dopiero później sytuacja staje się nieco niezręczna, by nie powiedzieć żenująca.
Ekhem, przepraszam państwa bardzo, że tak w towarzystwie..
 - kłaczek.
Wszyscy stoją na wypolerowanym parkiecie, rosną nagle, bo budzi się w nich wewnętrzny krytyk i tylko ja rozumiem, że kopanie leżącego to nie powód do dumy, maleję w sobie, łamię obcasy, bo jakże tak podskakiwać ponad swój wzrost. Na końcu okazuje się, że tylko ja mam ubłocone buty, bo właśnie wyszłam z lasu i znaczę drogę ucieczki jak ranna zwierzyna. Przypominam sobie, że wcześniej przydarzyła się ulewa, a parasolka została w ciele migdałowatym, które w moim mózgu rozsiewa przyjemny zapach cyjanku. Biegnę więc szybciej, z deszczem spływającym z włosów i czuję pomstujący wzrok pani sprzątaczki na karku.
Tak się kończą przygody z musem twórczym.
Znów krztuszę się i duszę, wchłaniając go z powrotem w siebie. Pewnie nabawię się zapalenia płuc - zachłystowego, jeśli wcześniej nie wykończy mnie przemoczenie.
Jednakże!
Drodzy Państwo!
Jak wiadomo wszem i wobec nie jest to jedyna droga. Bywa, że siła wymuszająca wytwórczość własną napiera, ale w sposób nieukierunkowany, wywołując uczucie porównywalne z jednoczesnym występowaniem zaparcia głośno reklamowanego w tv oraz zatrucia poalkoholowego rozpowszechnianego w opowieściach o akademikach. Przemożna chęć pozbycia się treści rozsadza, ale - ku przerażeniu i rozpaczy niedoszłego demiurga - treści brak.
Zostaje męczarnia i ból. Niby doświadczenie uczy, że same przejdą, ale dopiero w mglistej przyszłości, a utknęło się w niekomfortowym teraz.
Słabość i duchowa niemoc sprawia, że człowiek poddaje się kuszącemu nurtowi zniszczenia. Konstruktywność naprawdę łatwo przekonwertować w destruktywność. Rzeczywistość od razu spogląda przychylniejszym okiem, kłuje termodynamicznymi prawami i pcha w objęcia rosnącego chaosu.
Rozpady, pomroczności, zamroczenia, beznadzieje, zwątpienia, zmartwienia i zmarnienia - przerastają przez pęknięcia ułomności, ale nie jest to jeszcze tragedia. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że coś w nieporządku się uporządkuje i obolałe ja wyciśnie kilka bolesnych kropel znaczenia.
Niestety na ogół kończy się wyłącznie na nagrodzie pocieszenia. Bezładny dryf to nie surfing i żadna semantyczna rewolucja nie pomoże. Za puszczenie myśli lub życia samopas płaci się wysoką cenę, albowiem umysły i istnienia niepielęgnowane, nieuważne, przypadkowe gnuśnieją. A najbardziej żałosnym wyjaśnieniem jest zrzucenie odpowiedzialności na okoliczności.

nie? bo co

Niebo pęka. Szczelina rozdzierająca nieboskłon przypomina usta.

Kolejny ranek z rzędu po otwarciu oczu widzę różowo-pomarańczowe skrzela chmurek na chłodnym błękicie. Atmosfera oddycha spokojnie, otulając planetę kokonem gazów. Niezmiennie płyniemy w kosmicznej przestrzeni, więc zanurzam się jeszcze na chwilę w lekkim śnie.
Drugie przebudzenie jest pochmurne.
Wchodzę w dzień i wtedy niebo pęka.
Milknę, licząc na to, że ma coś ważnego do powiedzenia, ale ono tylko łapie oddech jak ryba wyjęta z wody.
Wiem.
Panikuje, bo nie mogę go stworzyć.
Nie potrafię pomyśleć nieba lepszego od piekła. Nawet na jakiś rozsądny czas - powiedzmy pół ludzkiego życia - nie wspominając o wieczności. Nigdy nie mogłam wyobrazić sobie szczęścia rozciągniętego w uśmiechu od nieskończoności do nieskończoności.
Nigdy - szczęścia, raju, wieczności.
Niebo ma dziś oczy zamglone błękitem paryskim. Patrzy na mnie smutno i rozdziera kąciki ust jeszcze trochę - w uśmiechu.

.nie krzywym. nie drwiącym. nie kpiącym.
.współczującym.
Pewnie dlatego tak bardzo mnie dziś boli ta rozpadlina.

sałeowy i światowy kryzys myśli


Coraz mniej myśli, coraz więcej przeżyć, ponieważ wstrętny jest mi brak polotu i oryginalności. (A sądziłam, że z tego wyrosłam).
Coraz mniej treści, coraz więcej form, widocznie niewstrętne jest mi sztuczne spiętrzanie słów. (Nie przypuszczałam, że to kiedykolwiek nastąpi).
Coraz mniej refleksji, coraz więcej dygresji, chociaż wstrętny jest mi brak spójności przekazu, to równie wstrętna jest mi koherencja myśli. (Nie dziwi umiłowanie sprzeczności).

Ta notka będzie składała się z samych przypisów.
Oto morze pływających gwiazdek.
Via Lactea
*
* *
* * *
* *
*
*
Kiedyś potrafiłam cieszyć się z odkrycia – nawet z wyjaśnienia tego, co już wyjaśnione.  Jak mała Molly Mahoney grająca drugi koncert Rachmaninowa.

- You remember when I was a little girl, and I could play Rachmaninoff's 2nd Piano Concerto and everyone was talking about my potential? Well, I am 23 now, and everyone's still talking about my potential, but if you ask me to play the song I know best... I'll still play Rachmaninoff's 2nd.
- May I suggest you stun the world with Molly Mahoney's First?
- I want to. But I am stuck.****

Już mnie nie cieszy wtórne odkrycie. Już mnie nie motywuje. Za mało dopaminy.
Jestem za stara i powinnam mieć ten przygotowawczy, dziecięcy okres za sobą.
Teraz jest mój czas. Czas tworzenia. Nie odtwarzania. Nie przetwarzania. Czas rozbuchanej kreatywności.

Tymczasem..
                           ..utknęłam.

**
Znam ludzi skończonych, dopracowanych w najmniejszych szczegółach. Błyszczą w towarzystwie gładką powierzchnią swojego ustalenia. Płyną przez życie harmonijni, czysto brzmiący, zawsze w gamie. Pod wpływem burz i wstrząsów nawet rozstrajają się w sposób poukładany i uprzednio przewidziany.
Spotykałam osoby z metodyką działań bardzo poprawną i skuteczną. Czasami bardzo rozbudowaną, ale przewidywalną, a przede wszystkim ograniczoną. Ich bolączką jest bliskość doskonałości. Opracowanie zadowalających sposobów wyklucza dalszy rozwój.

***
A może tylko łudzę się, że ustalenie jako skostnienie hamuje. Przecież dla mnie też już nie ma powrotu z wielu dróg. Wachlarz możliwości się zawęża, co jednak nie przeszkadza mi w dryfowaniu. Mimo określonych i wydeptanych ścieżek, wciąż mam ochotę gdzieś skręcać, zbaczać, szukać. Nawet w tym co codzienne, oswojone i złudnie poznane. Głębiej drążyć, zaprzeczać przekornie.
Niestety, kiedy zaczynam kluczyć, może ogarnąć mnie poczucie bezzasadności tego wszystkiego.

Niemoc pleni się z taką łatwością. Mięciutka plecha pokrywa wszystkie obszary myśli.

**
Niemoc jest chorobą czasów. Naszych. Wcześniejszych. Od wieków końce świata przewalają się z głuchym hukiem rozczarowania po ich nienastąpieniu. Od wieków upadamy obyczajowo i mentalnie - kamienne giganty na glinianych nogach idei, które przychodzą i odchodzą. A później na przesypujących się kamyczkach budujemy dalej. Budowle na chwiejnych fundamentach efektowniej się rozpadają, ścieląc grunt dla przyszłych pokoleń.
To jest spojrzenie monumentalne, sterylne jak skała.
Jest też opis wywołujący metafizyczne torsje. Houellebecq czy Jelinek doprowadzają mnie do duchowej niestrawności, jakbym wchłonęła cały smród i zgniliznę toczącej świat zachodni bezcelowości.
Nie da się ukryć słabości współczesności. A to będzie fatalne w skutkach.*****

*
Dość powszechna jest opinia, że decydowanie się na humanistyczne kierunki studiów jest nieprzyszłościowe. To akurat spojrzenie krótkowzroczne. Wielkim problemem przyszłości okaże się prawdopodobnie bezczynność. Przy postępującej digitalizacji i robotyzacji czynnik ludzki będzie tracił stopniowo na znaczeniu również w sferze usług. Jasne, że pozostaje kwestia obsługi, kontroli, serwisowania, udoskonalania, tworzenia etc. etc. - liczba stanowisk ograniczona w dziedzinach technicznych i ścisłych. A pozostali?
Nigdy nie mieliśmy tyle czasu dla siebie, a będziemy mieć go więcej.
Że niby trudno wyczuć ten nadmiar?
Pędzimy wbici w schematy, byle nie zorientować się, że większość machin starzeje się i rozpada, a część działań staje się zbędna. Zachód nie potrafi żyć bez pracy. Bez celu. Jesteśmy zbyt liniowi, dlatego potrzebujemy kierunku i wytycznych.
Rozmamłana bezideowość nie udźwignie tego ciężaru.
Tak sobie myślę, że potrzebujemy przyszłościowo pisarzy, poetów, artystów, twórców kultury i piękna.
Tymczasem coraz częściej mam w rękach konające ambicje zgnuśniałych umysłów, których wytwory wzbudzają coraz mniejszy zachwyt. Z drugiej strony może jest trudno, ale nie tragicznie. Ciągle odkrywam w kinie, literaturze,  muzyce - piękno. To czego potrzebuję.To czego potrzebuje świat.

___________________________________________
****Mr. Magorium's Wonder Emporium, reż. Zach Helm
*****Nie czuję się na siłach, by oceniać kondycję współczesnego świata.
Kryzys miał być li tylko sałeowy. Światowość wlazła sama nieproszona.

strumienie


Bierzemy głęboki wdech i zanurzamy się w strumieniu informacji. Nie oddychamy, żeby się nie zachłysnąć.
Tak rozpoczyna się poranek każdego dnia.
Włączamy wszystkie filtry, odrzucając setki reklam, plotek, wiadomości i powoli się rozbudzamy.
Jesteśmy gotowi stawić czoła życiu w kolejnej odsłonie. Kolejnemu bombardowaniu bodźców.

Przystosowanie polega na wyłowieniu tego, co istotne w wezbranym, bełkotliwym ścieku. Z zastrzeżeniem, że ściek definiowany jest w sposób skrajnie subiektywny.
Gazety i telewizja stanowiły jedynie przedsmak, nie są interaktywne. Dopiero era internetu otworzyła pełnię możliwości. Udostępniła świat wiedzy dynamicznej, spersonalizowanej, przycinanej do potrzeb.

Ktoś, kto narzeka na jakość głównego nurtu informacyjnej rzeki, jest malkontentem i kretynem cierpiącym na nadmiar wolnego czasu. Pod względem intelektualnych możliwości, przekrój społeczny zasadniczo się nie zmienia i nie ma co liczyć na cud.
(Proszę mi o tym przypomnieć, kiedy następnym razem zirytuję się spiętrzoną falą głupoty.)*


Żyjemy w czasach ciekawych i trudnych.
Ciekawych, bo nigdy nie było tak powszechnego dostępu do wiedzy. Trudnych, ponieważ wraz z ilością, szybkością i zróżnicowaniem pod kątem różnych odbiorców, wiedza masowa stała się rozcieńczona. Wyławianie nieco gęstszych grudek wymaga wprawy i coraz lepszych, bardziej specjalistycznych sit.
Każda możliwość wiąże sie z trudnościami. Nihil novi.

A gdyby tak spróbować wynurzyć głowę ponad powierzchnię?
Co za dziwne uczucie.
Zaraz zaraz.. czegoś tu brakuje.
A tak, informacyjnego szumu.
Zdajemy sobie sprawę z jego istnienia dopiero wtedy, gdy wychwytujemy zmianę natężenia, np. niespodziewane wyciszenia. W rzeczywistości jest to tło, które nigdy nie znika. Z ustami nad powierzchnią zauważamy, że nieustanne bulgotanie nie zamiera i skazani jesteśmy na wdychanie oparów.

Słyszysz to brzęczenie elektronicznych much?

Dawno temu, kiedy do określenia wieku wystarczała mi jedna cyfra, oglądałam w telewizji jakiś program o życiu w afrykańskiej wiosce. Zdziwiłam się, że ludzie nie odganiają much siadających im na głowach i ramionach. Zawsze miałam tak potworne łaskotki, że samo patrzenie było drażniące. Zastanowiłam się, dlaczego im to nie przeszkadza.
Możliwa była tylko jedna odpowiedź - przyzwyczaili się.

Większość ludzi nie czuje nawet potrzeby wynurzenia. Przyzwyczaili się.

~~~~~~~~

Jestem pewna, że na ten temat powstało już wiele książek, artykułów, notek - mówiąc krótko - morze słów. Już tylko impulsywnie (a raczej kompulsywnie) klikam "Publikuj".
(Nota bene cóż za nobilitacja. Kiedyś dodawałam notki, teraz je publikuję).

Powszechność i oczywistość moich myśli jest przyczyną rosnącej dominacji przeżyć i codzienności nad refleksyjnością na tym blogu. Nie to, żebym czuła w sposób szczególnie oryginalny. Po prostu poprzez połączenie formy, czucia i treści trochę łatwiej wyeksponować "mojość".

_________________________________________________
*Nie dotyczy głupoty jednostkowej, spotykanej twarzą w twarz. Czasami przeżywam taki szok światopoglądowy, że irytacja jest jedynym buforem bezpieczeństwa.

lepiej pozwolić mówić innym


stenogram z jednego przedpołudnia


"Jaki ranek taki dzień, nie dziwi nic
Jaka woda taki brzeg, nie dziwi nic
Jaka pościel, takie sny, nie dziwi nic
nawet to co jest"
Jacek Cygan
(brzmiący głosem Geppert)



Mam dziś szarą twarz, z której niewypowiedziane słowa odpadają płatami -
- taki obraz samej siebie objawia się, gdy idę podziemnym przejściem.
W ustach zaschło mi od skostniałych myśli, które próbowałam rozcieńczyć śliną.
Błąkam się, odkąd wyszłam z domu. Odkąd wyplątałam się z trudem ze spiętrzonej pościeli. Przemieszczam się, waham, miotam, zawracam, posłuszna wewnętrznemu nakazowi pozostania w ruchu, ale pozbawiona celu.
Asfalt. Błoto. Bruk. Parkowe alejki. Resztki zeschniętych liści.
Przechodzę obok biblioteki, więc - myślę - może wydobędę z niej jakieś słowo. Terapeutycznie.
Zahaczę się o cudzą ideę.
Niestety brak mi ostatnio cierpliwości do ludzi i słów, zwłaszcza występujących w zbyt dużej ilości. Usiłuję przegryzać się przez własną niemoc i przełykać, ale zgrzytają jak drobinki piasku między zębami.
Chwytam się ostatniej szansy i losuję tomik poezji. Przesuwam dłonią po grzbietach
książek, wyjmuję, otwieram na przypadkowej stronie i próbuję kilku
wersów. Po kolei wypluwam słowa zimne i szkliste, zniesmaczona obojętnością. Swoją. To ja jestem niezdolna do interakcji. Powtarzam całą procedurę kilkakrotnie. Przeżuwam coraz bardziej zniechęcona.


Nagle -
"Ten szelest
przesypywanie się życia
ze świata pełnego rzeczy
do śmierci

to przeze mnie
jak przez dziurę
w rzeczywistości
przeciska się ten świat
na tamten świat"

Nie może być.
Szybko zamykam książeczkę i otwieram ponownie:

"Noc
W ogromniejącej czerni
w nicości
zmarszczka 
wypluwa pestkę słów"

Mój ci on.

Wychodząc z biblioteki, w wyborze kierunku zdaję się na bogatą scenografię tego świata. Wsiadam do pierwszego nadjeżdżającego autobusu, na pierwszym napotkanym przystanku. Moszczę się na tylnym siedzeniu w kącie i napycham sobie usta Różewiczem. Wypełniam maksymalnie wierszem, a później zamykam oczy i czekam aż się rozpuści, aż enzymy wydobędą pełny bukiet smaku i zapachu. Później upłynniona i zmieszana z moją śliną treść spływa do żołądka. Jest trawiona i przemieszcza się dalej. Dopiero stamtąd do krwioobiegu przenikają znaczenia.
Im więcej wchłaniam, tym bardziej jestem głodna.
Autobus linii "0" jedzie długą, okrężną trasą. Trochę za krótko.

Wpadam w miejski zgiełk. Karmię się nim, od czasu do czasu notując w telefonie pojedyncze myśli.
Kontynuuje tę z podziemnego przejścia:

Zostały szkliste lodowe powłoki. Wyścielają usta. Pokrywają wargi. Obladzają ścieżki umysłu. Jest naprawdę ładnie. Lśni.
Tylko nie wymagaj zbyt wiele od bezmyśli.

Siadam na drewnianej ławce, żeby spokojnie odpisać na sms.
Przygląda mi się grafitowy ptak o końcówkach skrzydeł zanurzonych w pięknej granatowej barwie. Siedzi na murku, tak blisko, że mogłabym go dotknąć, gdybym tylko wyciągnęła rękę. On przekrzywia łebek i

p a t r z y
ale nie pozwala zrobić sobie zdjęcia. Ucieka, kiedy próbuję, a gdy zaczynam ponownie pisać, wraca i wyjaśnia: 'niestety, moja droga, ten niezwykły granat tylko dla ciebie'. Mruga ostatni raz i odlatuje, a mnie nachodzą myśli ostateczne.
Jesień odchodzi. Wiatr mówi o tym łagodnie, gładząc policzek. Mimo delikatności wywołuje gęsią skórkę. On ma taki dotyk, że gdy muska z zaskoczenia, wzbudza drgnienia.
Pod jego wpływem, zaczynam rozbijać się na najdrobniejsze, pojedyncze drżenia. Na mgnienia prawdy w zdarzeniach, ale bez konieczności scalenia. Ono jest bezcelowe z punktu widzenia dzisiejszego istnienia.

Szkoda, że ze słów wychodzą tylko mdłe niedopowiedzenia.


sensowność pytania zależna od okoliczności


Jeśli chcesz zadać to pytanie, pytaj wtedy, gdy naprawdę jest źle.

Nie wtedy, gdy świat jest piękny i się śmieje, gdy dziękuję, wszyscy zdrowi i nie nie, droga pani, ta euforia to nie to choroba psychiczna, nie leki, ani zmiana dilera. Nie wtedy, gdy można zastosować inhalacje intymności, gdy bliskość, może płatek miłości, gdzieś tam bluszczyk troskliwości, a jednocześnie odkrywam głębokie pokłady wolności, mam poczucie celu i sensowności. Nie wtedy, gdy mi zwyczajnie i dobrze w codzienności, już nie mówiąc o erupcjach niezwykłości.    
Nie pytaj też wtedy, gdy pojawiają się powierzchowne problemy, krótkie irytacje, zwyczajne zmartwienia i przeszkody do przeskoczenia. One jak zawsze są dla urozmaicenia lub wywołania chwilowego znużenia.

Pytaj, gdy zaczyna pruć się osnowa rzeczywistości. Gdy tracę grunt pod stopami i zawisam w nicości. Gdy w tej pustce nie mogę przestać się dusić. Gdy świat uderza we mnie mocno, precyzyjnie szarpiąc najdelikatniejsze struny. Gdy wiertło bólu penetruje najgłębsze rejony umysłu. Gdy powracają podstarzałe demony, a dla towarzystwa w okolicy wyrastają cudze tragedie*. Gdy równocześnie pęka wnętrze i zewnętrzna otoczka pozornej stałości. Gdy rozpryskuje się to, co najbliższe i najdroższe. Gdy pojawia się świadomość, że niczego nie można odwrócić. Gdy nieznośna bezsilność sprawia, że przygryzam wargi do krwi i zaciskając pięści, wbijam paznokcie w skórę. Gdy się boję. Gdy się złoszczę. Gdy moje ciało zaczyna drżeć, bo począwszy od rdzenia istnienia gwałtownie zamarzam. Gdy w tym przeraźliwym zimnie obojętnieję i wstrząsa mną fala wstrętu do samej siebie za to tchórzliwe bezczucie. Wreszcie gdy przezwyciężam bezból kompletny, skraplam się i potwornie czuję.

Pytaj mnie.

Dopiero wtedy powiem Ci, jak bardzo kocham życie.

_____________________________
*istny fenomen**. Aż narzuca się obraz Fatum, które wieczorami ślęczy nad ogromnymi, czarnymi mapami i dokładnie zakreśla cyrklem obszar. 'Jutro walniemy nieszczęściem w ten fragment rzeczywistości' - bełkocze i wysuwa koniuszek języka. - 'Taak... - tutaj epicentrum i promieniście okręgi powiązań bezpośrednich. Nałożymy siatkę i tych przypadkowych ludzi powiążemy zgodnie z pierwszym prawem agregacji tragedii.' Prawda, że łatwiej ogarnąć personifikację o chwytnych kończynach i bezdennych oczach od bezkształtnego przypadku?
**prawdopodobnie dający się wyjaśnić większym wyczuleniem w określonym stanie ducha i wrodzoną skłonnością do szukania powiązań. (po racjonalizacji nadal czuję się nieswojo.)

mili panowie - ciąg przyczynowo-skutkowy


Pan Listopad dzisiaj się do mnie uśmiechnął. Tak słonecznie, choć troszkę nieśmiało. A w ślad za nim ludzie rozświetlali się na ulicach, kiedy spotykały się nasze spojrzenia - zafalowanie uśmiechu o częstotliwości równej częstotliwości taktowania moich obcasów.
Lubię dni pełne drżących kącików ust i skupionych spojrzeń. Wzrok nie ślizga się wtedy po szklanych powierzchniach i mogę naprawdę dotknąć świata wyleczona z nieuważności tak charakterystycznej dla chwil wypuszczonych z dłoni. Tak, tak - lecz się z bezmyślności nawyków.

Popołudniu absurdalnie zaczął chodzić za mną pantofelek*. Nie Kopciuszka, dość już bajek moja miła Saevitio lubująca się w oksymoronach. Dołączył tuptający pierwotniak pantofelek, co to milszy jest od skurwysynów. **
Pan Tofelek - dla przyjaciół Felek - nie zważając na dygresje, jął dreptać za mną na niezliczonych rzęskach. Radośnie, a jakże - wszak imię zobowiązuje. Idziemy długo asfaltową pustynią - ja rytmicznie stuk stuk, Felek udaje całą kawalkadę, waląc zawzięcie rzęskami w bruk. Docieramy do okrągłej wyspy prawie zatopionej w morzu samochodów i wsiadamy do tramwaju - Felek, żeby się nie zgubić, wskakuje na ramię i rozsiada wygodnie w fałdce czerwonego szalika. Przyznaję, że dopiero w towarzystwie pierwotniaka czuję na sobie spojrzenia szklistych, czarnych oczek wszystkich roztoczy okupujących ściany, szyby i siedzenia. Ignoruję je i skupiam się na ludziach. Już w następnej sekundzie upominam się, że myślenie o florze bakteryjnej współpasażerów jest dość dziwne.
Feliks!
To Pan Tofelek ostrzy sobie cytostom na ulubione pożywienie.
Przesiadając się do autobusu, zastanawiam się, jakim cudem pamiętam po tylu latach szczegóły budowy orzęsków. Felek wykrzywia wodniczkę w szelmowskim uśmiechu.
Stojący nieopodal pan w średnim wieku o przedwcześnie posrebrzonych włosach i inteligentnych, ciepłych oczach przygląda się. Pewnie Felek z ramienia kiwa rzęskami, bo zobaczył na aktówce nieznajomego amebę machającą żywiołowo pseudopodium. Co ja mam z tymi protistatami.
Ciekawe, o czym Pan Srebrzysty myśli. Co do tego, że myśli, nie ma wątpliwości - jest obdarzony tym rodzajem spojrzenia, które wnika głębiej, ale nie wwierca się i nie penetruje nachalnie. Rzadka delikatność. Spogląda przelotnie na czerwone paznokcie, kiedy przed przystankiem na żądanie naciskam przycisk. Wychodzę w ociemniały już wieczór i przez szybę uśmiecham się do Pana. Ciepło, bez podtekstów. Ot - miłego wieczoru. Zupełnie tak jak on.

*absurdalnie - wszak to wodny drapieżnik
**nota bene nazwanie kogoś skurwysynem jest nieporozumieniem - jeśli już
delikwent zasługuje na miano pod względem pejoratywnego wydźwięku, to
znaczy że jego matkę wystarczająco pokarało synem i biedna kobieta nie
zasługuje dodatkowo na obrażanie. Z drugiej strony żal emocjonalnego
ładunku skumulowanego właśnie dzięki niesprawiedliwemu zabiegowi.

ontologiczna zabawa w chowanego


- chodź. pobawimy się w chowanego
spojrzała zdziwiona
- to nie będzie uczciwe. nie masz ze mną szans
- nieprawda!, oburzył się. ja szukam.
westchnęła
zamknęła oczy i powiedziała cicho:
- nie-ma-mnie-nie-ma-mnie-nie-ma-mnie
zaklęcia lubią być powtarzane trzy razy.
po pierwszym wypowiedzeniu nie mają pewności czy człowiek nie nadużywa słów, co zdarza się nagminnie. z tego powodu moc słowa słabnie. sformułowane po raz drugi nadal czują, że może to być przypadkowa koincydencja. dopiero trzeci raz stanowi potwierdzenie zgodności słowa z intencją. wtedy dzieje się magia.

zniknęła

w powietrzu zawibrowała ostatnia wskazówka
- szukaj po śladach nieistnienia

"Pomyliłaś niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu"


Niedobrze mi od jednorazowości spotkań, zdarzeń, ludzi.
Niedobrze mi od powtarzalności myśli, słów, rutynowych czynności.
Zmieszałam składniki rzeczywistości w bardzo złych proporcjach.
Poznaję to po skutkach.

Odsłaniam zasłonę pozornej ruchliwości i widzę spiętrzoną falę szarej codzienności. Błoto i muł rozlewa się leniwie szerokim korytem dnia i spływa w noc. Zatapiam się w gęstych i lepkich snach. Usta świadomości z trudem z trudem się wynurzają, by zaczerpnąć tchu. Tuż po pierwszym łapczywym wdechu, kiedy dłoń poranka chłodnymi barwami maluje nad polami i stawami świt, uciekam sama przed sobą, ale nie potrafię biec dostatecznie szybko. Powierzchnia wody, w której kiedyś odbijało się niebo i chmury, zmieniła się w mętną toń. Już nie mylę lustra z firmamentem.
Czy czujesz na języku gorycz tego stwierdzenia? Błądzenie warunkowało mój rozwój. Zdejmowało z oczu kolejne bandaże ślepoty.
A teraz nie sięgam wzrokiem nieba rozszerzającego przestrzeń istnienia. Wcześniej straciłam odbicia, niefrasobliwie rozbijając zwierciadła. Przyznaję - nie wierzyłam w ciemną stronę fatum, aż do chwili, gdy wykrzywiło twarz w upiornym uśmiechu i wyszeptało, że nieszczęściem jest brak pocieszenia. Miało rację. Nie znajduję już iskierek radości nawet w oświetlonych cudzym blaskiem odłamkach.
Mój umysł zrównał się z taflą - granicą rzeczywistości i świat stał się zerojedynkowy: wynurzasz się lub toniesz, co w praktyce oznacza, że mogę albo żyć bardzo mocno i ostatecznie, albo nie żyć wcale. Wybór prosty, prawda?
Tylko, cholera, nie mogę znaleźć tego jedynego dozwolonego stanu wzbudzonego. Moje ekscytacje są chwilowe i zioną pustką istnienia, którą bezskutecznie usiłuję przeskoczyć. Nie wiem, ile reguł jeszcze muszę złamać, by znaleźć właściwe miejsce.
Biegnę więc dalej ścieżką przy ścianie leśnych drzew. Biegnę martwa. Ruch wcale nie świadczy o istnieniu ducha. Choć niewykluczone, że  sztucznie wpompowuję go przez słuchawki. Nie pierwszy raz fundowałabym sobie doraźną, metafizyczną transfuzję. A tak naprawdę w środku jestem pogrążona w głębokiej duchowej śpiączce. Zimne powietrze uderzające w trupiobladą twarz nie może mnie wybudzić.
Próbuję więc, po wstrzyknięciu do krwiobiegu porannej porcji endorfin, usunąć lodowaty sen gorącą wodą. Bagniste resztki nocnej powłoki są trudno rozpuszczalne, ale jakoś zmywam je wraz ze śladami zmęczenia.
Nie jest tak, że nie odczuwam przyjemności. Skąd. Czynione zabiegi przynoszą oczekiwany rezultat. Przed wyjściem kawę popijam Mozartem i upojona odgryzam kolejny kawałeczek rzeczywistości.
Szkoda, że nurt codzienności, w który wpadam, tak szybko się zagęszcza.

**
Skoro tak lubisz uciekać, domyśliła, to może zacznij wreszcie uciekać do siebie.

powrót z barwną falą przyboju


Poranek mieni się w odcieniach fioletu, mimo że wyłania się z szarości rozpraszanej światłem. To muzyka podbarwia powietrze. Czas odbija się w lustrzanej powierzchni oberżynowego paznokcia – wywrócony na drugą stronę mknie w nieskończonej pętli. Nieskończonej? Nieskończonej, jeśli wystarczy przestrzeni między nami. Czas osiągający nieskończony wymiar traci rację bytu. Jeśli tylko zdołasz pogładzić go opuszkiem palca, wyczuwając absolutną gładkość, zaznasz spokoju, który skala lub wzbogaci poddaną zmienności egzystencję. Czas nieskwantowany, sekunda nieatomowa, wszystko zanurzone w wypolerowanej obojętności.
    Porażenie zmysłów. Porażenie słów. Brak dźwięku doskonałości.
    W kąciku lewego oka pojawia się łza. Ciekawe jaka barwa się w niej złamie. Zieleń tęczówki. Czerń rzęs. Bladość skóry. Czerwień włosów. To przy śmiesznym założeniu, że mogę promienieć światłem. Przecież mogę! Moje widmo skąpane w skrywanej czerwieni. Każdy mój ruch odwzorowany w skali barwnych fal. Jestem przypływem. Jestem odpływem. Jestem porządkiem wyłonionym z chaosu i chaosem narodzonym z ładu.

Z jaką łatwością przemykam od nieskończoności do nieistnienia.
Jest inny sposób. Wystarczy, że jedna chwila rozciągnie się, osiągając rozmiar wieczności. Wtedy pogrążymy się we wspólnej aczasowości, zamiast rozkładać na części wymiary samotności.

in my head


Próbuję nie mrugać. Zaczerwienione po nieprzespanej nocy oczy łzawią, ale ja coraz mocniej wzbraniam się przed ich zamknięciem. Nawet krótkie spojrzenie na wewnętrzną stronę powiek powoduje natychmiastowe zapadanie się w głąb czaszki. Czarna smolista masa zalewa świadomość, umysł przeszywają punktowo ostre obrazy.

Całe miasta zbudowane z ludzkich ciał. Gęsta noc cuchnąca cierpieniem spływa po murach z setek umięśnionych pleców. Pod spoconą skórą podświetloną światłem pojedynczych latarni dostrzegam ruch mięśni grzbietu. Ciągnąca się po horyzont ściana nieregularnie faluje.
Nagle ktoś w ciężkich wojskowych butach przebiega ulicą, wyciąga szponiastą kończynę i zatapia pazury w ciałach. Głębokie zadrapanie, które powstaje na moich oczach zaczyna przypominać przedszkolny szlaczek rysowany niewprawną ręką.
Wstrzymuję oddech.
W przestrzeni przetacza się cicha fala jęków i stęknięć, które oplatają się wokół mojego ciała. W uszach echem leciutko wibruje już nawet nie pretensja a rezygnacja. Postać znika mi z oczu, wysyłając na pożegnanie upiorną salwę czystego, radosnego śmiechu dziecka.

Nie mrugam. Oddycham za to głęboko, jakbym chciała skompensować brak jednego odruchu innym. Chwytam się mocno myśli o wysuszonej rogówce. Skupiam na suchych danych. Na suchych, kruchych, trzeszczących faktach. Tak suchych, że piekących.
Nie wytrzymuję. Powieki błyskawicznie się zamykają.

Katedra z ludzkich dłoni wyrastająca ze sterty poszarpanych.. ja nie chcę widzieć.

Otwieram szeroko oczy i patrzę przez sterylną szybę w okna nocy. Rozchylam wargi, żeby nabrać więcej powietrza.
Łapię kolejną przypadkową myśl. Mrówki nie mają powiek. Oczy przemywają śliną, żeby usunąć zanieczyszczenia. W tej chwili mam tak sucho w ustach, że nawet takie rozwiązanie by mnie nie uratowało.
Powieki same się zaciskają.

Wieża splatana z poranionych dłoni pnie się do nieba. Patrzę w górę, by nie widzieć fundamentów przerażenia. Tymczasem na coraz wyższych poziomach palce kobiet i mężczyzn, dzieci i starców dopasowują się do siebie, szukając najtrwalszego połączenia. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że właśnie powstaje najmocniejsza struktura, z jaką spotkałam się w życiu. Powierzchnia w wielu miejscach jest pomarszczona, popękana, otarta. Gdzieniegdzie wydaje się zbyt delikatna, ale nie można dać zwieść się złudzeniu. To właśnie niejednorodności są kluczem do zrozumienia wytrzymałości tej budowli.
Mimo całego strachu gnieżdżącego się u moich stóp. Mimo fal wstrętu i obrzydzenia wzbierającego w ustach, zaczynam odczuwać obezwładniający zachwyt.
Tak, grunt pod moimi stopami też się porusza, wszystko wokół tętni, drży, trzęsie się i jęczy. Od początku wiem, że nie stąpam po zwykłej ziemi. Nie chcę tu być, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę z niejednoznaczności każdego zdarzenia. Nawet tutaj znajduję piękno i gorzkie granulki zrozumienia. Trzeba je rozgryźć.

Otwieram oczy trochę wolniej. Oddycham spokojniej. Wciąż boję się kolejnego mrugnięcia. I następnego na zapas. Całe pokłady lęku gromadzą się w ustach, ale koniuszkiem języka zaczynam ich coraz odważniej dotykać. Oswajam smak nowego odcienia strachu.

I tak przez cały dzień. A teraz na dodatek w kątach pokoju dostrzegam już zagnieżdżoną noc, która coraz większymi plamami pokrywa sufit i ściany. Pełznie powoli, ale uparcie. Kiedy zalążki ciemności spotkają się gdzieś pośrodku, znajdę się w pułapce. Kropelki zaczną sączyć się nieubłaganie z sufitu.

.
   .
.
   .
.
n
i
e
u
b
ł
a
g
a
n
i
e

.

Pierwsza na usta. Jak zawsze.
Druga na policzek. Pewnie prawy, choć rzadko nadstawiany.
Trzecia na ramię. Też prawe.
Czwarta na grzbiet lewej dłoni. Jutro znajdę tam drobną rankę.
Piąta. Będzie niespodzianką.

A szósta

szósta
wpadnie
w sam
środek
istnienia
ciało i umysł zawibrują bólem, który rozpryśnie się we mnie
eksplozja drobnych kropel białego światła
oślepi
nareszcie
później zapomnę.
(cichutko)
A jeśli będę miała szczęście

wcześniej zasnę.

kontekst


Był czas, w którym straciłam kontekst. Wszystkie odniesienia do rzeczywistości rozmyły się w nierzeczywistej mgle. Nie przestałam istnieć, jednak nie potrafiłam opisywać siebie.
Wtedy dopiero naprawdę zaczęłam szukać punktów zaczepienia w sobie. Wcześniej badałam opuszkami palców jedynie powierzchnię bycia. Gdy zanurzyłam się głębiej, odkryłam mikroprzestrzeń sprawiającą, że żadne miejsce nie jest obce. Wszędzie i zawsze jestem u siebie, bo wszędzie i zawsze jestem w sobie. Od tamtej pory sama mogę stwarzać odpowiednie węzły rzeczywistości. Wynurzyłam się, by odetchnąć również tym, co poza.
Mgła, jak to mgły miewają w zwyczaju, uniosła się i ujawniła powiązania ze światem zewnętrznym. Niektóre mocno krępujące nadgarstki, stopy, rozciągające we wszystkie strony. Dość bezsensownego szamotania się, które tylko zacieśnia więzy. Nie wszystkie sznury da się zerwać, nie każdy węzeł chce się rozsupłać, ale nie o to chodzi. Ważne, że widzę zarys plątaniny sznurów i poznaję jej topografię. Poruszam się z większą łatwością i mogę tkać własne powiązania. Mogę wplatać siebie w świat i ludzi.

Musisz zdać sobie sprawę, że w odbiorze to Ty wybierasz dla mnie zewnętrzny kontekst. Czasami, gdy wchodzimy mocno w uwspólnioną przestrzeń, ten kontekst pojawia się pomiędzy nami. Z rozmigotanego nieuporządkowania wyrywasz fragment mnie, który najbardziej Cię pociąga. Każdy odnajduje coś innego. Każdy wydobywa to, czego pragnie i potrzebuje. A niektórzy uzyskują coś, czego nigdy nie chcieli uzyskać.
Moja ekspresja jest ograniczona nie tylko mną, ale też warunkami interakcji. Zatem nie mów mi, że jestem nieprawdziwa. Fragmentaryczność nie jest tożsama z fałszem. Dostrzegasz sprzeczności i skrajności, które zamazują obraz? W całości dla Ciebie nigdy nie będzie ostry. Jeśli chcesz, możesz zacząć składać pojedyncze kadry. Tylko pamiętaj, że uzyskana ciągłość i płynność jest złudzeniem. Lepszym lub gorszym przybliżeniem.

powierzchowne powierzchniowe notatki


Czasami mam wrażenie, że składam się tylko z notatek. Skrawki myśli spisuję na skrawkach papieru, w notatnikach, zeszytach, na ulotkach, biletach, w edytorach tekstu, na marginesach książek.
Tak jakbym pisała do siebie z przyszłości karteczki i przylepiała w mniej lub bardziej widocznym miejscu. Ja z niegdyś wie, że ja z kiedyś znajdę je we właściwym momencie.

Notateczka wyszperana przypadkowo rano:
"Dzisiaj wyśmiałam Cycerona.
Rerum enim copia verborum copiam gignit.
Widać Cicero też nie nauczył się zagęszczać."

polifonia myśli, hipertekstualny sen


    Rzeczywistość dzisiaj wyjątkowo nie jest naćpana. Dziś przeżywa swój zjazd. Obłoki mają depresję i zamarły na niebie. Ptaki opadły ciężko na ziemię. Drzewa przeżywają nawrót choroby sierocej. A ja... ja jestem przeraźliwie trzeźwa.
    Tak bywa, gdy uporczywie kreślę krzywą linię oddzielającą sen od rzeczywistości. Szeroki rów w piasku moich myśli, który nieopatrznie zaleję falą kawy. Kiedyś obudzę się zupełnie i już nie będę mogła zorientować się gdzie jestem. Umieszczę się w czasoprzestrzeni zupełnie pozbawionej odniesień do świata, który wszyscy znamy.
    Gdy byłam mała stworzyłam świat wepchnięty w rozwarstwienia wszystkich innych istniejących i nieistniejących światów. Międzyświat. Inter-iunxi. Zbudowaną z luster i białego światła nieograniczona przestrzeń, w której czas nie płynie. Niematerialną przerwę w rzeczywistości umożliwiającą podróże między równoległymi światami. Gdy byłam mała, nie zastanawiałam się, jakie konsekwencje dla tej przestrzeni będzie miało pojawienie się człowieka. Teraz zaczynam wyczuwać niuanse, na razie jeszcze nie do końca rozumiejąc. Dostrzegam jedno -  wprowadzenie człowieka jest równoznaczne z zakłóceniem bezczasowości tego miejsca. Takie posunięcie może doprowadzić do powstania fali uderzeniowej, która, dotykając nieskończoności, prześcignie myśl, może nawet uwolni światło z pułapki Einsteina.
    Ktoś mi ostatnio powiedział, że jawa i sen są jedynie dwiema stronami lustra rzeczywistości. Zwierciadło, ta cienka błona odbijająca fale świetlne, stało się kontynuacją mojej dziecięcej wizualizacji. Międzyświat oddziela część pozorną od rzeczywistej. To bardzo dobre wyobrażenie, bo zawiera w sobie wystarczającą dawkę niepokoju ukrywającego się tuż pod powierzchnią świadomości. Niezauważalnego dla oka drżenia, które przenika cały układ nerwowy i rezonuje z ciałem. Psychosomatyka przeczucia.
    Może w końcu Ty mi powiesz, która strona lustra jest pozorna, a która rzeczywista?
    Wyczułam kiedyś granicę między jawą i snem. Płynnym ruchem wplotła się głęboko w świat na jawie i w senne majaki, wypalając ślad w moim umyśle. Została plama roztopionego zwierciadła...
    Która strona jest pozorna? Po której stronie przyszło nam żyć?
 

    Trudno myśli się w świecie tylu złudzeń. Najbardziej boję się, że wszystkie te problemy istnieją tylko w mojej głowie. Skłębione pod kopułą czaszki nie znajdują ujścia. Tylko czy wtedy tracą na realności?
    Jeszcze trudniej transkrybować myśli w słowa. Gdyby istniała możliwość otworzenia przed kimś pełni świadomości, pewnie bym z niej nie skorzystała. Nikogo nie wpuściłabym do mojego umysłu. To chyba znaczy, że nie chcę być sobą i odrzucam szansę bycia prawdziwą. Nie godzę się w pełni na maksymalne odarcie treści z form. Nie totalnie..., ale gdybym mogła ukazać siebie wybiórczo... byłoby to moje zbawienie. Podróż z myślą. Pędzić siecią skojarzeń, rozdzielać na każdym możliwym rozgałęzieniu, pokazać wszystkie powiązania! Wygenerować w czyimś umyśle odcienie smaków i zapachów, doskonale przedstawić wyobrażenia... Pozwolić drugiemu człowiekowi zanurzyć się w hipertekstualności myśli. Rozciągnąć go i ukrzyżować na tej wielowymiarowej siatce. Dzielić i scalać! Coś nieprawdopodobnego.
    Obawiam się jednak, że to mogłoby się nie udać. Zbyt wiele strachu i potrzeby chronienia wyodrębnionych składowisk śmieci, które są tylko moje. Nie mam ochoty obnażać wszystkich moich trupów i trucheł w różnych stadiach rozkładu. Nie chcę też, by ktoś zarzygał mi wnętrze. Dość tam metafizycznych wydzielin mojego umysłu.
    Tak czy inaczej mam nadzieję, że człowiek wreszcie nauczy się łączyć świadomości i bezpośrednio przekazywać myśli. Trudno oprzeć się złudzeniu nieograniczonych możliwości i moralnej względności. Sen o telepatii zrealizowany dzięki elektronice.
    Wyobraź sobie kogoś wrzuconego do obcego umysłu. Usłysz szum myśli, błyskawicznie mknących utartymi szlakami. Szum, który przeradza się w krzyk! Kakofonia dźwięków, kompletny chaos, który wbrew wszystkiemu trwa. Chaos jest tylko jedną z form porządku. A gdzieś na zewnątrz musi być klucz do tej gmatwaniny. Zobacz obrazy wznoszone i niszczone myślą. Wchłoń je i wydal, zanim skażą Twoje własne myśli. Punkty i krzywe tańczą bezładnie i nagle wyłaniają się z nich trójwymiarowe obrazy. Z każdej strony napierają nowe hologramy, przenikają się, zrastają w całość, tworząc przedstawienie godne obłąkanego. Na szaleńczy ruch form nałóż polifonię myśli. Czujesz już charakteropatyczne zagubienie? Lepiej się odnajdź, zanim pochłonie Cię ten świat. Za chwilę znajdziesz się niebezpiecznie blisko głęboko skrywanych zakamarków mojej duszy. Czujesz już zapach rozkładu? Widziałeś kiedyś śmierć? Nie tę godną i wprawiającą w zadumę... Czy widziałeś śmierć gołębia na autostradzie? Szybką i niespodziewaną, w rytmie pękających kości. Pęd rozrywanego powietrza i rozpryskująca się krew i mięso. Tym przecież jestem. Mięsem. Widzisz już, ile siebie zabiłam? Zadźgałam nożem w ciemnych zaułkach, cichaczem, wstydliwie. Widziałeś śmierdzącą śmierć bezdomnego skąpaną w odorze moczu i kału? Nie? Nic dziwnego, to tylko brud dłubany spod paznokci społeczeństwa. Nikt nie patrzy na brud, ważne, by mieć czyste dłonie.
    Dlatego wyjdź stamtąd. Zanim będziesz musiał wyciągnąć palce i delikatnie poszperać w ciemnych kątach. Tam zamierają formy i cichną dźwięki. Powoli ślepniesz i głuchniesz... Przyzwyczajasz się do smrodu, nie czujesz metalicznego smaku krwi... Nie... Teraz został Ci tylko dotyk. Wkładasz dłoń w ranę, rozrywając pajęczynę. Ostrożnie i czule. Boli mnie ta pajęczyna, wiesz? I jak? Jaka jest faktura ciemności? Już teraz możesz jej dotknąć i zasmakować poprzez dotyk. Pamiętaj, że podział zmysłów jest iluzją. Więcej zobaczysz dzięki dłoniom.
    Warstwy rozłażą się pod palcami. Zdrap powłokę paznokciem, wsuń dłoń głębiej. Widzisz? Tam właśnie rozpada się rzeczywistość. Wniknij pomiędzy warstwy, a znajdziesz się w międzyświecie. Witaj w moim Inter-iunxi. Odbij się w każdym lustrze. Odnajdź się we wszystkich odbiciach.
    Wejdź, jeśli masz ochotę.

lato 2008
chyba gęsty początek sierpinia z  Riverside w tle
czas roztopionego asfaltu i roztopionych myśli

prolegomena


Siedzę przy dużym biurku. Czarny kursor miga niestrudzenie. Po chwili na ekranie niezwykle szybko pojawiają się litery. Złudna łatwość. Czy wiesz, jak trudno przekonwertować myśl w słowo? Boli mnie każda utrata hipertekstualności myśli zamykanych w ciasnych symbolach.
   
Stop! krzyczy coś w mojej głowie. Cienka skorupka formy, w którą usiłuję zebrać myśli za chwilę się rozpadnie. Dlatego wracam do początku.
   
Siedzę. Po prawej stronie stoi moja ulubiona filiżanka z zimną, a tym samym paskudną kawą. Po lewej papiery i książki. Poza tym przestrzeń.
Czy to już rzeczywistość?
Moje palce zakończone czerwonymi paznokciami ślizgają się po srebrnej klawiaturze. Dłonie oparte na laptopie nie drżą.
Czy to już rzeczywistość?
Tak. Pytam właśnie Ciebie. Jeśli znajdziesz odpowiedź na to pytanie, być może wreszcie usadowisz mnie w którymś ze światów. Jestem i piszę do Ciebie. Znajdź dla mnie kontekst z wszystkimi koniecznymi odnóżami, które postrzępią wstążki nowych możliwości i mnie z nim zwiążą.
Scal mnie z rzeczywistością.
To jedyne, czego od Ciebie oczekuję.

lato 2008

a później

pęknięty kryształ serca porasta mchem

bezdenne naczynia


Pękają ściany myśli, tamy wspomnień, bufory bezpieczeństwa.
Pękają marzenia, ideały, sny, plany, pragnienia.
Pękają szklane życia, kruche dusze.
Pęka serce w otwartej klatce piersiowej.

A później wstaje nowy dzień.

puf


Lato skończyło się definitywnie, gdy przestała mnie pociągać nuta zapachowa mandarynek.
Jesień rozpoczęła się śniegiem i chłodem. Zima złośliwie chuchnęła mrozem w zdumione ludzkie twarze, jednak prawie natychmiast taktownie spłynęła do rowów i studzienek kanalizacyjnych, zamiast otulać świat miękkością i puszystością.
Po tym epizodzie myśli mogły się swobodnie rozszeleścić. Zmysły nasycały się barwnością i subtelnym ciepłem spijanym z każdego promienia słońca.
Aż wreszcie nastąpiło odkrycie ideału -
doskonałego współbrzmienia śmiechu i padającego deszczu.
Każda rozpryskująca się kropla jest synonimem radości. Wszystkie uśmiechy ludzi z różnych miejsc i epok odbijają się w roztrzaskanych kałużach. W odsłanianych znienacka zakamarkach, szczelinach i pęknięciach codzienności zamiera chichot, ale i tak nie sposób ukryć drżenia. Rozbawiona przyglądam się światu nieudolnie próbującemu zamaskować stan ewidentnie nieprzystający obiektywnej rzeczywistości. Próżne starania.
Słyszę juz rozkoszny pomruk. Ze wszech stron nadciąga narastający gwałtownie spazmatyczny śmiech.
Drżę ja.
Drży świat.
Rezonujemy perfekcyjnie dopasowani.

o wszystkich Alicjach świata


Pewnej nocy Alicji zaczęły mylić się strony lustra. Pierwsza wydawała się tak samo magiczna jak druga. Druga tak samo zwyczajna i codzienna jak pierwsza. Alicja zbyt często wywracała świat na lewą stronę i z powrotem. Zbyt długo przyglądała się podszewce rzeczywistości, by teraz zadowolić się obcowaniem wyłącznie z zewnętrzną stroną materii.
Teraz nie mogła już stwierdzić z całą pewnością, która strona jest pierwszą, a która drugą. Czasami wyczuwała jeszcze pod palcami ramę zwierciadła i lekki opór tafli lustra podczas przejścia, ale i ta krawędź zaczynała znikać we mgle.
Alicja musiała przyznać, że przekroczyła granicę, zza której już się nie wraca.
Z dużo większym trudem przyszło jej inne wyznanie.
Alicja zagubiła się.

przestrzenie


Przestrzeń miejska gęstnieje wypełniona po brzegi ludźmi. Kipi tłumnie, wypluwa pianę szumowin osadzającą się w opuszczonych bramach i na zniszczonych peronach. Ludzie wtłaczani są w geometryczne figury pozwalające wykorzystać każdy centymetr sześcienny.
Zapanować. Zaplanować. Uporządkować.
Planowanie staje się coraz popularniejszą formą sprawowania władzy. A przynajmniej tworzy taką iluzję.

Jednostka wrzucona w tę kipiel jest zalewana strumieniem informacji. Kanałami zmysłów odbiera mimowolnie bodźce z otoczenia.

Zapach
    Wchłanianie w siebie cząsteczek innego człowieka. Drobinek niezauważalnych, pomijanych przez inne zmysły, chyba że są już tak skondensowane, że wywołują wrażenie oblepienia skóry. Dopóki zapach jest przyjemny lub neutralny wszystko jest w porządku. Problem pojawia się, gdy zaczynają wypełniać nas żebracy, bezdomni, osoby, z którymi nie mamy ochoty nawiązywać bliższego kontaktu. Oddychamy nimi, drobinki ich ciał częściowo omijają filtry i trafiają do pęcherzyków płucnych. Zapachy zaburzają naszą rzeczywistość. Uderzają w odrębność. Zakłócają prywatność.

Dotyk
    Tłum napiera. Coraz mocniej. Masa spoconych, sztywniejących ciał, które choć nie chcą się stykać, zostały ściśnięte błyszczącymi ramionami urbanistycznego krajobrazu. Sytuacje właściwie nie do uniknięcia. Nawet jeśli przebywamy w sterylnych warunkach, to uderza nas mocno wtłoczenie obcości w strefę intymności - dotknięcia skóry, splątania kończyn.

Termorecepcja
    Ściśnięci w masie, w ciasnym pomieszczeniu czujemy, jak wzrasta temperatura. Przekazujemy sobie ciepło, a nie w każdych okolicznościach jest to pożądane.

Wzrok
    Oko odbiera niewyobrażalną ilość bodźców, które mózg nieustannie filtruje. W spojrzeniach odbija się mrowie wypluwane raz po raz przez sygnalizację świetlną. Uformowane barwnymi komunikatami odcinki ludzkiej masy przesłaniają najbliższą drogę. Budynki również wypełnione ciałami przesłaniają horyzont. Tak, mamy wieżowce, by spoglądać w dół i podziwiać rozciągające się przestrzenie. By przyjrzeć się makiecie mrowiska.

Słuch
    Hałas. Nieustające brzęczenie ulic zapełnionych metalicznymi owadami. Szmery, szumy, ludzkie trajkotania, piszczenie sygnalizacji, przemieszane style muzyczne sklepów. Dźwięki wirują jak szalone, tworząc jedyną w swoim rodzaju miejską kompozycję przypadku. Nurzamy się w zróżnicowanych wibracjach symfonii zgiełku.

Smak.
    Najmniej wyraźny. Lekki posmak pyłu, lepkie zabarwienie powietrza spalinami wciska się w usta. Cząsteczki zostają zaadsorbowane w zagłębieniach kubeczków smakowych. Może tym należy tłumaczyć niesmak malujący się na twarzach niektórych ludzi.

Ucieczka
    Człowiek szuka własnej przestrzeni w gęstniejącej masie. Czuje, jak obcość zacieśnia się wokół intymności, zaczyna więc wypatrywać drogi ewakuacyjnej.
    Ucieczka prowadzi przez umysł. W jakimkolwiek zniewoleniu - ciał, działań, możliwości - to myśl jest ostatnim bastionem wolności lub pierwszym miejscem wyrażenia zgody na kapitulację. Jak najłatwiej rozszerzyć przestrzeń umysłu i przełożyć nadwyżkę na fizyczne otoczenie? Jak choć częściowo wymknąć się z rzeczywistości o konsystencji melasy?
    Wystarczy otworzyć tunel. Tunel prowadzący drogą prywatności i subiektywnego odbioru w nowe wymiary. Tunel, w którym możliwe jest oswobodzenie myśli, wyzwolenie emocji, uwolnienie wyobrażeń. Jednym z takich korytarzy jest muzyka. To jedna z przyczyn niesamowitego sukcesu komercyjnego przenośnych odtwarzaczy. Dwie słuchawki wciśnięte do uszu pozwalają na stworzenie dodatkowej przestrzeni w umyśle, umożliwiają do pewnego stopnia wyrwanie się z nadgęstego świata. Otwierają drogę ucieczki.

_____________________________________
Tak. Ten tekst może ocierać się o paranoiczną hiperbolizację.
Jednakże ogólne prawidłowości pozostają w mocy.

małże na drodze stąd do wieczności



p o w o l i  r o z c i ą g a m  c z a s

wkładam palce pomiędzy minuty
wsuwam paznokcie w międzysekundowe szczelinki
delikatnie rozwieram
i wlewam myśli w rozpadliny wieczności

słucham siebie
w nieograniczonej interczasowości

ekspiacja


Nigdy nie mogłam uwierzyć w ideę odkupienia. Nie rozumiałam wyrównywania rachunków, ponieważ organiczny świat nie zna znaku równości. Nie wystarczy zrównoważyć krzywd ulgą niesioną komuś w cierpieniu. One się nie skracają, bo życiu brakuje matematycznej czystości. Dobre i złe czyny mają różne jednostki i nijak nie można ich porównać. Dlatego waga Ozyrysa jest gówno warta i kreska, którą oddziela się dobro od zła, naprawdę nie ma tutaj większego znaczenia.
Ja zresztą nie mówię o dobru i złu. Mówię o krzywdzie i szczęściu zadanemu i danemu innym.
Odkąd pamiętam towarzyszy mi poczucie, że uciekanie od odpowiedzialności za krzywdę poprzez ekspiację jest nieuczciwe. Nie można niczego odkupić - to nie aukcja przewinień ani lombard wyrzutów sumienia. Nie można niczego wynagrodzić i wymazać. Trzeba uczciwie wziąć działanie z wszytkimi jego konsekwencjami. Unieść i nieść. Żadnych czynności zastępczych. Żadnego zajmowania rąk.
Po prostu długo patrzymy sobie prosto w oczy. Wina i ja. Cierpienie i ja.

Czasami

robi

się

ciężko

.

Bo nie mam prawa krzywdzić. Nigdy nie miałam. Nigdy go sobie nie dałam.
Dlatego skrupulatnie zbieram każdy kamyczek.
Patrz.
Nie odwracaj wzroku.
Nie licz na ludzi, którzy niosą pocieszenie.
To nieuczciwe. Nie godzi się wobec czynu. Nie godzi się, jeśli byłeś niegodziwy.

Chyba dlatego nie potrafię sobie wybaczać.

____________________________________

Taki sposób myślenia wcale nie oznacza, że niczego nie warto robić w obliczu tragedii, również/zwłaszcza takiej, w której miało się swój udział. Po prostu pokuta nie niesie ulgi temu, kto zawinił i nie jest formą oczyszczania się z moralnego dyskomfortu.

wyrwane z kontekstu


.. Jestem zmęczona byciem w swojej głowie. Rozwidlone końcówki myśli zapętlają się jak ostatnie rozdziały "Gry w klasy", rozwijają w kolejnych wymiarach, których istnienia nawet nie podejrzewałam. Mój umysł zmienia się w gigantyczny, poplątany kłębek. A tam, gdzie jest chaotyczna plątanina sznurków, pojawiają się ostre pazury, które ją rozszarpują.
Rozłazimy się w szwach - ja i moje myśli. Ja i moje ja. Tasakiem pocięte na plasterki i przetasowane drżącymi rękami uzależnionego od hazardu prawdopodobieństwa. ..

słowo o słowie


Coś raz wypowiedziane zmienia rzeczywistość i to w sposób w pewnym sensie nieodwracalny.”*

Krzysztof Maurin
Jak często bym nie mówiła - to tylko słowa, kalekie formy, kanciaste nośniki krągłych treści. Znaki w przestrzeni, mgnienia i drżenia, ulotne opowieści. Chwile, wrażenia zawinięte w papier nieporozumienia. Marne przybliżenia, a czasem zwyczajne zmyślenia. Ilekroć bym nie powtarzała - niedowierzam. Mogę wiedzieć, lecz nie wierzę.
Jestem uzależniona od słów. Od impulsów spulchniających glebę wyobraźni. Od obrazów zagnieżdżonych w miejscu styku formy i treści.  Od krajobrazów wyrastających mięciutko w przestrzeni umysłu. A ponad wszystko jestem uzależniona od ludzi, którzy odnajdują i wydobywają prawdziwą moc słów. Posiadają dzięki temu dar stwarzania odrębnych mikrorzeczywistości. Niektórzy z nich znani są szerszemu gronu, inni niewielu, ale za to bliżej.
Czasami wracam do odkrytych już krain niezwykłych opowieści - do opowieści, które zmieniają.
Czasami do ciepłego klimatu spojrzeń rozproszonych na dymie - to historia zmierzchowa człowieka wyławiającego blask z ciemności. Pełna spokojnego oddechu i muzyki wylewającej się z przepełnionego kielicha ciszy. Magia rzeczywistości wydobyta dzięki tętniącej wrażliwości.
Czasami zaglądam do królestw absurdu o przetrąconych wymiarach przewidywalności. To na ogół sposób okiełznania trudnej codzienności, choć bywa po prostu przewrotnym puszczeniem oka do ponurego świata pozornej stałości.
Czasami przedzieram się przez gąszcze znaczeń, puszcze abstrakcji. Uwielbiam takie skondensowanie treści. Słowa są gęste, niekiedy lepkie i męczące, ale zawsze finalnie zaskakujące.
Czasami wybieram światy iskrzącej radości. Ich drżące śmiechem ściany odbijają migoczące barwy pokolorwanej (nad)zwyczajności.
Znam mnóstwo takich miejsc i choć wciąż odkrywam nowe,
czasami wracam do tych już oswojonych na kilka chwil, by lekko musnąć strunę pamięci.
Nie jest to jednak tylko sposób na pamiętanie. Na tle niezmienności, najłatwiej zauważyć zmiany.

__________________________________________________

*wyszperane na pierwszym roku w jednym z podręczników do analizy matematycznej, z którego przeczytałam tylko niematematyczny wstęp. Matematykę można zgłębiać (/brodzić po płyciźnie) wyłącznie przy pomocy książek pozbawionych humanistycznych dygresji skutecznie rozpraszających uwagę umysłów mNIEj-ścisłych.

myśli rozsypane


'Into the streets of your mind
I get lost once in a while'

Poranna szaruga przeczesuje barwne grzywy nieco stłamszonej w tym roku jesieni. Przydrożne drzewa strząsają z koron intensywność żółci. Poderwane przez wiatr iskierki barw eksplodują w powietrzu, po czym opadają z miękkim plaśnięciem. Taplają się w kałużach i nie zwracają uwagi na ludzi ślizgających się na upłynnionym złocie. Dwunastocentymetrowe obcasy naturalnie wyostrzają zmysł równowagi, a w razie potrzeby mogą pełnić funkcję czekanów. W związku z tym problem chwiejności pionowej postawy ciała dotyczy mnie w mniejszym stopniu,chciałoby się jednak zapytać przechodniów, co sądzą o tak destabilizującym przebiegu ewolucji.
Zastanowiłabym się nad tym dłużej i może nawet zaczęła przeprowadzać sondę uliczną, ale rozpraszają mnie mokre liście klejące się do myśli. Skupiam się na lepkości wyobrażeń rozświetlonej złotym pyłem, który zaczyna sypać się z drzew dendrytycznych. Aha. To znak. Zaraz zacznie się szalony pęd..
..na autostradzie skojarzeń, uświadamiam sobie, że często myślę o umyśle, wykorzystując współczesny model atomu. Roztańczone funkcje falowe, prawdopodobieństwa, rozmycia, niespodziewane tunelowania przez bariery potencjału. Ściśle określone stany podstawowe stereotypowego postrzegania, które rozszczepiają się pod wpływem impulsów z zewnątrz. Czasami wystarczy znaleźć się w odpowiednim polu zdarzeń lub ludzi, by poziomy istnienia przestały być zdegenerowane.
Tak właśnie przeplatam myśli o 7 rano - wykręcam znajome obrazki, gnę, tłukę i rozsypuję. Zapewne w sposób niezrozumiały dla kogoś, kto przypadkowo zaplątałby w gęstwinę subiektywności. A na zastanowienie nie ma czasu, bo o 7:01 już przeskakuję na zamknięcia światopoglądowe i koszty alternatywne. Świadomością usiłuję usprawiedliwić ograniczenia każdego modelu, ale przypomina mi się myśl zapisana wczoraj na skrawku.. dysku twardego: "Jestem świadoma zmiany stanów spinowych mojego organizmu. Niektórych, rzecz jasna. Świadoma subtelności i nadsubtelności problemu. Wiesz, gdzie możesz sobie wsadzić taką samoświadomość?"
I już wiem, że faktycznie mam problem ze zbyt częstym ograniczaniem rozumienia świata do fizycznych modeli. Uruchamia się jednak syndrom Scarlett O'Hara. Pomyślę o tym jutro, bo teraz czarnym kabelkiem biegnącym z żółtej torebki do uszu płynie krystaliczna muzyka, z której wyłania się obraz dłoni pianisty. To mnie zawsze rozprasza. A gdy po chwili w umyśle zaczyna wibrować miejscami leciutko rozmruczany głos i widzę dokładnie usta tuż przy siateczce mikrofonu, śmieszne abstrakcje ulatują. Jakie jutro? Jest tylko teraz.

Aktualnie: Mgła, drugi wieczór z rzędu informuje uprzejmie strona startowa, a ja się głowię, skąd skubana wie, że pod powiekami wciąż rozległe zamglenia.

pejzaż jesienny


Niekończąca się kolejka ludzkich istnień wije się jak rzeka w górskim krajobrazie. Nie dostrzegam sylwetek większości postaci, ponieważ ściskane przez perspektywę, zmieniają się w rozmyte plamki. Ci stojący najbliżej nie mają twarzy, kontury ich ciał skrywają bezkształtne ubrania. Wyraźnie widzę jedynie dłonie. W palcach o zbielałych kostkach ściskają kurczowo potłuczone życia.
Każda kropla ludzkiego potoku wygląda tak, jakby czekała na następne (do zużycia lub zmarnowania).
Próbuję wyostrzyć rysy twarzy poszczególnych osób. Chciałabym sprawdzić czy w oczach mają pustkę i rezygnację, czy może nadzieję, że z istnieniem jest jak z butelkami zwrotnymi: wszystkie nieszczęścia i życzliwości można wymienić na kilka kropel soku z drzewa życia.

Dopiero na zażółconych ulicach, w szpalerach złotych drzew dostrzegam grozę zalewającą obficie fioletem obraz myśli. W tylu rękach potłuczone szkło. Na wielu odłamkach błyszczą drobinki krwi, potu i może łez.
A gdybym przestała być obserwatorem?
Nawet jeśli jakimś cudem trzymałabym maleńki flakonik - wyszczerbiony, porysowany, z drobnymi pęknięciami, ale przecież jeszcze całkiem szczelny - to i tak z wrażenia upuściłabym go i potłukła.
(A najchętniej postawiłabym buteleczkę na najbliższej skale i wyszła z kolejki. Wyobraźnia podpowiada mi, co kryje się tuż za brzeżkiem ramy. Tam, tuż za granicą obrazu chcę być.)

~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Jutro, od samego rana, maluję wyłącznie żółtym i zielonym, a jeśli zajdzie potrzeba odrobiną jasnego błękitu.
A dziś? Wieczorem koloruję świat poza konturami rzeczywistości.

pękające lodowce


Nagle w środku nocy wschodzi słońce i wszystko zalewa ciepło letniego popołudnia. Strumienie światła mieszają się z myślami, radośnie falujące dźwięki zatapiają przestrzeń umysłu. Wstrzymuję oddech i znikam pod powierzchnią świadomości.
Wynurzam się z blaskiem słonecznym w kącikach ust, zaplątana w wielobarwne wstęgi rozwarstwionej tęczy.
Tafla myśli płonie. Jęzory ognia liżą nawet odległy horyzont zmysłów. Podpalony lont widnokręgu zatacza krąg, inicjując eksplozję czucia.
Nie ma już lodu.

mirror mirror


Najpierw zaczyna być przeraźliwie zimno. Gdy wybór jest zerojedynkowy, czasami gaszę wewnętrzny ogień, by nie doprowadzić do pożaru. Szron pokrywa usta, więc wypuszczam z nich tylko szkliste, gładkie słowa. Szadź osiada na światłowodach, którymi oplótł mnie świat. Paczuszki informacji ślizgają się przy każdym odbiciu i nawet jeśli docierają do celu, są w stanie wydyszeć ledwie połowę treści. Nawet satelity geostacjonarne drżą, gdy dociera do nich chłodna fala próbująca połączyć mnie z rzeczywistością.  
The number you are trying to reach is currently unavailable. Please, don't try again later.
Nie trzęsą mi się dłonie, po prostu przestaję je czuć. Skostniałymi palcami trudno krzesać iskry. I o to właśnie chodzi.
Głęboko pod zmrożoną skorupą bezczucia żarzą się pokłady życia. Przebiję się przez warstwy lodu i rozniecę ponownie płomienie, gdy oddech znów stanie się ciepły.

minimalistycznie vol.3



Uchylam drzwi nowego dnia
   oparta o framugę wypijam kilka łyków kawy
   i podglądam przed świtem
   szaroniebieskie spojrzenie poranka wyłania się spod powiek nocy
   jeszcze zamglone, a już błyska drapieżnością
 
   uśmiecham się kącikami ust i lekko mrużę oczy
      takim cię lubię

Otwieram szybkim ruchem na oścież

      No chodź!

minimalistycznie vol.2


jak minął dzień, pytasz
   łowię myśli w sieć umysłu
   wiję pajęczynę zmysłów

~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~

   uzmysłowić sobie, co znaczy uzmysłowić
   a później to wysłowić

mgiełka


Brakuje mi nieba. Ostatni raz czułam je przezchmurnie, gdy po raz pierwszy zawiał lodowaty wiatr. Lekko pofałdowane szyby odbijały promienie zachodzącego słońca, a ponad taflami szkła sunęły ciężkie masy ciemnego błękitu nabrzmiałe śniegiem. Uchwyciłam piękno zawieszenia na krawędzi.. Zasnęłam, mocno czując świat.
Obudziłam się już w innej rzeczywistości. Czasami się tak zdarza. Chwila nieuwagi i natychmiast chaos o nieobliczalnych oczach szaleńca zaczyna tasować wymiary uniwersum.
To, w czym nas zanurzono, nie jest zimą. To tylko zimne dłonie oraz płaty śniegu ciążące zielonym drzewom i szarym ludziom. Brakuje zmrożonego oddechu i sterylnej czystości chłodu. Pojawiła się za to lepka kopuła chmur, która wilogcią przygniata ramiona codzienności.
Napęczniałe myśli spływają na dno czaszki i tworzą małe bajorka.
Mam ochotę pozamieniać je w kałuże i biec boso rozpryskując krople na wszystkie strony. Światło załamujące się w drobinkach wody nie wydobyłoby z nich głębi, ledwie kilka promieni radości.
Skąd wezmę ostre światło?
Od rana rozgrzebuję palcami chmury, tworząc tunel do nieba. Słońce zdąży się przebić do mojego świata.