zajebistość destrukcyjności
Jak się ongiś rzekło, dopada mnie czasem konieczność tworzenia. Ubezwłasnowolniona wyciągam prymitywne narzędzie tortur, które piszczy i skrzypi śmiesznymi aspiracjami stania się bronią masowej zagłady. Jeśli nie powstrzymam się na czas, katuję Bogu-ducha-winnych ludzi wytworami koślawymi.
Są Państwo ciekawi, jak wygląda proces produkcyjny w tym dziwnym zakładzie?
Gdy jakimś cudem znajdę w sobie coś wartego wydalenia - krztuszę się, duszę, kaszlę, pluję, skręcam, podskakuję, staję na głowie, zżymam się i wyżymam, rodzę w bólach.. - ten etap jest intensywny i dość przyjemny wbrew pozorom. Potencjalność zawsze mile łechce, wiele obiecuje. Ośrodek nagrody pluszcze się i pławi, sącząc koktajl nadziei, a ja doznaję objawień i widzę parasolkę wbitą w sam środek tłustego tyłka ciała migdałowatego.
Dopiero później sytuacja staje się nieco niezręczna, by nie powiedzieć żenująca.
Ekhem, przepraszam państwa bardzo, że tak w towarzystwie..
- kłaczek.
Wszyscy stoją na wypolerowanym parkiecie, rosną nagle, bo budzi się w nich wewnętrzny krytyk i tylko ja rozumiem, że kopanie leżącego to nie powód do dumy, maleję w sobie, łamię obcasy, bo jakże tak podskakiwać ponad swój wzrost. Na końcu okazuje się, że tylko ja mam ubłocone buty, bo właśnie wyszłam z lasu i znaczę drogę ucieczki jak ranna zwierzyna. Przypominam sobie, że wcześniej przydarzyła się ulewa, a parasolka została w ciele migdałowatym, które w moim mózgu rozsiewa przyjemny zapach cyjanku. Biegnę więc szybciej, z deszczem spływającym z włosów i czuję pomstujący wzrok pani sprzątaczki na karku.
Tak się kończą przygody z musem twórczym.
Znów krztuszę się i duszę, wchłaniając go z powrotem w siebie. Pewnie nabawię się zapalenia płuc - zachłystowego, jeśli wcześniej nie wykończy mnie przemoczenie.
Jednakże!
Drodzy Państwo!
Jak wiadomo wszem i wobec nie jest to jedyna droga. Bywa, że siła wymuszająca wytwórczość własną napiera, ale w sposób nieukierunkowany, wywołując uczucie porównywalne z jednoczesnym występowaniem zaparcia głośno reklamowanego w tv oraz zatrucia poalkoholowego rozpowszechnianego w opowieściach o akademikach. Przemożna chęć pozbycia się treści rozsadza, ale - ku przerażeniu i rozpaczy niedoszłego demiurga - treści brak.
Zostaje męczarnia i ból. Niby doświadczenie uczy, że same przejdą, ale dopiero w mglistej przyszłości, a utknęło się w niekomfortowym teraz.
Słabość i duchowa niemoc sprawia, że człowiek poddaje się kuszącemu nurtowi zniszczenia. Konstruktywność naprawdę łatwo przekonwertować w destruktywność. Rzeczywistość od razu spogląda przychylniejszym okiem, kłuje termodynamicznymi prawami i pcha w objęcia rosnącego chaosu.
Rozpady, pomroczności, zamroczenia, beznadzieje, zwątpienia, zmartwienia i zmarnienia - przerastają przez pęknięcia ułomności, ale nie jest to jeszcze tragedia. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że coś w nieporządku się uporządkuje i obolałe ja wyciśnie kilka bolesnych kropel znaczenia.
Niestety na ogół kończy się wyłącznie na nagrodzie pocieszenia. Bezładny dryf to nie surfing i żadna semantyczna rewolucja nie pomoże. Za puszczenie myśli lub życia samopas płaci się wysoką cenę, albowiem umysły i istnienia niepielęgnowane, nieuważne, przypadkowe gnuśnieją. A najbardziej żałosnym wyjaśnieniem jest zrzucenie odpowiedzialności na okoliczności.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz