stenogram z jednego przedpołudnia


"Jaki ranek taki dzień, nie dziwi nic
Jaka woda taki brzeg, nie dziwi nic
Jaka pościel, takie sny, nie dziwi nic
nawet to co jest"
Jacek Cygan
(brzmiący głosem Geppert)



Mam dziś szarą twarz, z której niewypowiedziane słowa odpadają płatami -
- taki obraz samej siebie objawia się, gdy idę podziemnym przejściem.
W ustach zaschło mi od skostniałych myśli, które próbowałam rozcieńczyć śliną.
Błąkam się, odkąd wyszłam z domu. Odkąd wyplątałam się z trudem ze spiętrzonej pościeli. Przemieszczam się, waham, miotam, zawracam, posłuszna wewnętrznemu nakazowi pozostania w ruchu, ale pozbawiona celu.
Asfalt. Błoto. Bruk. Parkowe alejki. Resztki zeschniętych liści.
Przechodzę obok biblioteki, więc - myślę - może wydobędę z niej jakieś słowo. Terapeutycznie.
Zahaczę się o cudzą ideę.
Niestety brak mi ostatnio cierpliwości do ludzi i słów, zwłaszcza występujących w zbyt dużej ilości. Usiłuję przegryzać się przez własną niemoc i przełykać, ale zgrzytają jak drobinki piasku między zębami.
Chwytam się ostatniej szansy i losuję tomik poezji. Przesuwam dłonią po grzbietach
książek, wyjmuję, otwieram na przypadkowej stronie i próbuję kilku
wersów. Po kolei wypluwam słowa zimne i szkliste, zniesmaczona obojętnością. Swoją. To ja jestem niezdolna do interakcji. Powtarzam całą procedurę kilkakrotnie. Przeżuwam coraz bardziej zniechęcona.


Nagle -
"Ten szelest
przesypywanie się życia
ze świata pełnego rzeczy
do śmierci

to przeze mnie
jak przez dziurę
w rzeczywistości
przeciska się ten świat
na tamten świat"

Nie może być.
Szybko zamykam książeczkę i otwieram ponownie:

"Noc
W ogromniejącej czerni
w nicości
zmarszczka 
wypluwa pestkę słów"

Mój ci on.

Wychodząc z biblioteki, w wyborze kierunku zdaję się na bogatą scenografię tego świata. Wsiadam do pierwszego nadjeżdżającego autobusu, na pierwszym napotkanym przystanku. Moszczę się na tylnym siedzeniu w kącie i napycham sobie usta Różewiczem. Wypełniam maksymalnie wierszem, a później zamykam oczy i czekam aż się rozpuści, aż enzymy wydobędą pełny bukiet smaku i zapachu. Później upłynniona i zmieszana z moją śliną treść spływa do żołądka. Jest trawiona i przemieszcza się dalej. Dopiero stamtąd do krwioobiegu przenikają znaczenia.
Im więcej wchłaniam, tym bardziej jestem głodna.
Autobus linii "0" jedzie długą, okrężną trasą. Trochę za krótko.

Wpadam w miejski zgiełk. Karmię się nim, od czasu do czasu notując w telefonie pojedyncze myśli.
Kontynuuje tę z podziemnego przejścia:

Zostały szkliste lodowe powłoki. Wyścielają usta. Pokrywają wargi. Obladzają ścieżki umysłu. Jest naprawdę ładnie. Lśni.
Tylko nie wymagaj zbyt wiele od bezmyśli.

Siadam na drewnianej ławce, żeby spokojnie odpisać na sms.
Przygląda mi się grafitowy ptak o końcówkach skrzydeł zanurzonych w pięknej granatowej barwie. Siedzi na murku, tak blisko, że mogłabym go dotknąć, gdybym tylko wyciągnęła rękę. On przekrzywia łebek i

p a t r z y
ale nie pozwala zrobić sobie zdjęcia. Ucieka, kiedy próbuję, a gdy zaczynam ponownie pisać, wraca i wyjaśnia: 'niestety, moja droga, ten niezwykły granat tylko dla ciebie'. Mruga ostatni raz i odlatuje, a mnie nachodzą myśli ostateczne.
Jesień odchodzi. Wiatr mówi o tym łagodnie, gładząc policzek. Mimo delikatności wywołuje gęsią skórkę. On ma taki dotyk, że gdy muska z zaskoczenia, wzbudza drgnienia.
Pod jego wpływem, zaczynam rozbijać się na najdrobniejsze, pojedyncze drżenia. Na mgnienia prawdy w zdarzeniach, ale bez konieczności scalenia. Ono jest bezcelowe z punktu widzenia dzisiejszego istnienia.

Szkoda, że ze słów wychodzą tylko mdłe niedopowiedzenia.


0 komentarze:

Prześlij komentarz