puf


Lato skończyło się definitywnie, gdy przestała mnie pociągać nuta zapachowa mandarynek.
Jesień rozpoczęła się śniegiem i chłodem. Zima złośliwie chuchnęła mrozem w zdumione ludzkie twarze, jednak prawie natychmiast taktownie spłynęła do rowów i studzienek kanalizacyjnych, zamiast otulać świat miękkością i puszystością.
Po tym epizodzie myśli mogły się swobodnie rozszeleścić. Zmysły nasycały się barwnością i subtelnym ciepłem spijanym z każdego promienia słońca.
Aż wreszcie nastąpiło odkrycie ideału -
doskonałego współbrzmienia śmiechu i padającego deszczu.
Każda rozpryskująca się kropla jest synonimem radości. Wszystkie uśmiechy ludzi z różnych miejsc i epok odbijają się w roztrzaskanych kałużach. W odsłanianych znienacka zakamarkach, szczelinach i pęknięciach codzienności zamiera chichot, ale i tak nie sposób ukryć drżenia. Rozbawiona przyglądam się światu nieudolnie próbującemu zamaskować stan ewidentnie nieprzystający obiektywnej rzeczywistości. Próżne starania.
Słyszę juz rozkoszny pomruk. Ze wszech stron nadciąga narastający gwałtownie spazmatyczny śmiech.
Drżę ja.
Drży świat.
Rezonujemy perfekcyjnie dopasowani.

0 komentarze:

Prześlij komentarz