in my head


Próbuję nie mrugać. Zaczerwienione po nieprzespanej nocy oczy łzawią, ale ja coraz mocniej wzbraniam się przed ich zamknięciem. Nawet krótkie spojrzenie na wewnętrzną stronę powiek powoduje natychmiastowe zapadanie się w głąb czaszki. Czarna smolista masa zalewa świadomość, umysł przeszywają punktowo ostre obrazy.

Całe miasta zbudowane z ludzkich ciał. Gęsta noc cuchnąca cierpieniem spływa po murach z setek umięśnionych pleców. Pod spoconą skórą podświetloną światłem pojedynczych latarni dostrzegam ruch mięśni grzbietu. Ciągnąca się po horyzont ściana nieregularnie faluje.
Nagle ktoś w ciężkich wojskowych butach przebiega ulicą, wyciąga szponiastą kończynę i zatapia pazury w ciałach. Głębokie zadrapanie, które powstaje na moich oczach zaczyna przypominać przedszkolny szlaczek rysowany niewprawną ręką.
Wstrzymuję oddech.
W przestrzeni przetacza się cicha fala jęków i stęknięć, które oplatają się wokół mojego ciała. W uszach echem leciutko wibruje już nawet nie pretensja a rezygnacja. Postać znika mi z oczu, wysyłając na pożegnanie upiorną salwę czystego, radosnego śmiechu dziecka.

Nie mrugam. Oddycham za to głęboko, jakbym chciała skompensować brak jednego odruchu innym. Chwytam się mocno myśli o wysuszonej rogówce. Skupiam na suchych danych. Na suchych, kruchych, trzeszczących faktach. Tak suchych, że piekących.
Nie wytrzymuję. Powieki błyskawicznie się zamykają.

Katedra z ludzkich dłoni wyrastająca ze sterty poszarpanych.. ja nie chcę widzieć.

Otwieram szeroko oczy i patrzę przez sterylną szybę w okna nocy. Rozchylam wargi, żeby nabrać więcej powietrza.
Łapię kolejną przypadkową myśl. Mrówki nie mają powiek. Oczy przemywają śliną, żeby usunąć zanieczyszczenia. W tej chwili mam tak sucho w ustach, że nawet takie rozwiązanie by mnie nie uratowało.
Powieki same się zaciskają.

Wieża splatana z poranionych dłoni pnie się do nieba. Patrzę w górę, by nie widzieć fundamentów przerażenia. Tymczasem na coraz wyższych poziomach palce kobiet i mężczyzn, dzieci i starców dopasowują się do siebie, szukając najtrwalszego połączenia. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że właśnie powstaje najmocniejsza struktura, z jaką spotkałam się w życiu. Powierzchnia w wielu miejscach jest pomarszczona, popękana, otarta. Gdzieniegdzie wydaje się zbyt delikatna, ale nie można dać zwieść się złudzeniu. To właśnie niejednorodności są kluczem do zrozumienia wytrzymałości tej budowli.
Mimo całego strachu gnieżdżącego się u moich stóp. Mimo fal wstrętu i obrzydzenia wzbierającego w ustach, zaczynam odczuwać obezwładniający zachwyt.
Tak, grunt pod moimi stopami też się porusza, wszystko wokół tętni, drży, trzęsie się i jęczy. Od początku wiem, że nie stąpam po zwykłej ziemi. Nie chcę tu być, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę z niejednoznaczności każdego zdarzenia. Nawet tutaj znajduję piękno i gorzkie granulki zrozumienia. Trzeba je rozgryźć.

Otwieram oczy trochę wolniej. Oddycham spokojniej. Wciąż boję się kolejnego mrugnięcia. I następnego na zapas. Całe pokłady lęku gromadzą się w ustach, ale koniuszkiem języka zaczynam ich coraz odważniej dotykać. Oswajam smak nowego odcienia strachu.

I tak przez cały dzień. A teraz na dodatek w kątach pokoju dostrzegam już zagnieżdżoną noc, która coraz większymi plamami pokrywa sufit i ściany. Pełznie powoli, ale uparcie. Kiedy zalążki ciemności spotkają się gdzieś pośrodku, znajdę się w pułapce. Kropelki zaczną sączyć się nieubłaganie z sufitu.

.
   .
.
   .
.
n
i
e
u
b
ł
a
g
a
n
i
e

.

Pierwsza na usta. Jak zawsze.
Druga na policzek. Pewnie prawy, choć rzadko nadstawiany.
Trzecia na ramię. Też prawe.
Czwarta na grzbiet lewej dłoni. Jutro znajdę tam drobną rankę.
Piąta. Będzie niespodzianką.

A szósta

szósta
wpadnie
w sam
środek
istnienia
ciało i umysł zawibrują bólem, który rozpryśnie się we mnie
eksplozja drobnych kropel białego światła
oślepi
nareszcie
później zapomnę.
(cichutko)
A jeśli będę miała szczęście

wcześniej zasnę.

0 komentarze:

Prześlij komentarz