"Pomyliłaś niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu"
Niedobrze mi od jednorazowości spotkań, zdarzeń, ludzi.
Niedobrze mi od powtarzalności myśli, słów, rutynowych czynności.
Zmieszałam składniki rzeczywistości w bardzo złych proporcjach.
Poznaję to po skutkach.
Odsłaniam zasłonę pozornej ruchliwości i widzę spiętrzoną falę szarej codzienności. Błoto i muł rozlewa się leniwie szerokim korytem dnia i spływa w noc. Zatapiam się w gęstych i lepkich snach. Usta świadomości z trudem z trudem się wynurzają, by zaczerpnąć tchu. Tuż po pierwszym łapczywym wdechu, kiedy dłoń poranka chłodnymi barwami maluje nad polami i stawami świt, uciekam sama przed sobą, ale nie potrafię biec dostatecznie szybko. Powierzchnia wody, w której kiedyś odbijało się niebo i chmury, zmieniła się w mętną toń. Już nie mylę lustra z firmamentem.
Czy czujesz na języku gorycz tego stwierdzenia? Błądzenie warunkowało mój rozwój. Zdejmowało z oczu kolejne bandaże ślepoty.
A teraz nie sięgam wzrokiem nieba rozszerzającego przestrzeń istnienia. Wcześniej straciłam odbicia, niefrasobliwie rozbijając zwierciadła. Przyznaję - nie wierzyłam w ciemną stronę fatum, aż do chwili, gdy wykrzywiło twarz w upiornym uśmiechu i wyszeptało, że nieszczęściem jest brak pocieszenia. Miało rację. Nie znajduję już iskierek radości nawet w oświetlonych cudzym blaskiem odłamkach.
Mój umysł zrównał się z taflą - granicą rzeczywistości i świat stał się zerojedynkowy: wynurzasz się lub toniesz, co w praktyce oznacza, że mogę albo żyć bardzo mocno i ostatecznie, albo nie żyć wcale. Wybór prosty, prawda?
Tylko, cholera, nie mogę znaleźć tego jedynego dozwolonego stanu wzbudzonego. Moje ekscytacje są chwilowe i zioną pustką istnienia, którą bezskutecznie usiłuję przeskoczyć. Nie wiem, ile reguł jeszcze muszę złamać, by znaleźć właściwe miejsce.
Biegnę więc dalej ścieżką przy ścianie leśnych drzew. Biegnę martwa. Ruch wcale nie świadczy o istnieniu ducha. Choć niewykluczone, że sztucznie wpompowuję go przez słuchawki. Nie pierwszy raz fundowałabym sobie doraźną, metafizyczną transfuzję. A tak naprawdę w środku jestem pogrążona w głębokiej duchowej śpiączce. Zimne powietrze uderzające w trupiobladą twarz nie może mnie wybudzić.
Próbuję więc, po wstrzyknięciu do krwiobiegu porannej porcji endorfin, usunąć lodowaty sen gorącą wodą. Bagniste resztki nocnej powłoki są trudno rozpuszczalne, ale jakoś zmywam je wraz ze śladami zmęczenia.
Nie jest tak, że nie odczuwam przyjemności. Skąd. Czynione zabiegi przynoszą oczekiwany rezultat. Przed wyjściem kawę popijam Mozartem i upojona odgryzam kolejny kawałeczek rzeczywistości.
Szkoda, że nurt codzienności, w który wpadam, tak szybko się zagęszcza.
**
Skoro tak lubisz uciekać, domyśliła, to może zacznij wreszcie uciekać do siebie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz