powrót z barwną falą przyboju
Poranek mieni się w odcieniach fioletu, mimo że wyłania się z szarości rozpraszanej światłem. To muzyka podbarwia powietrze. Czas odbija się w lustrzanej powierzchni oberżynowego paznokcia – wywrócony na drugą stronę mknie w nieskończonej pętli. Nieskończonej? Nieskończonej, jeśli wystarczy przestrzeni między nami. Czas osiągający nieskończony wymiar traci rację bytu. Jeśli tylko zdołasz pogładzić go opuszkiem palca, wyczuwając absolutną gładkość, zaznasz spokoju, który skala lub wzbogaci poddaną zmienności egzystencję. Czas nieskwantowany, sekunda nieatomowa, wszystko zanurzone w wypolerowanej obojętności.
Porażenie zmysłów. Porażenie słów. Brak dźwięku doskonałości.
W kąciku lewego oka pojawia się łza. Ciekawe jaka barwa się w niej złamie. Zieleń tęczówki. Czerń rzęs. Bladość skóry. Czerwień włosów. To przy śmiesznym założeniu, że mogę promienieć światłem. Przecież mogę! Moje widmo skąpane w skrywanej czerwieni. Każdy mój ruch odwzorowany w skali barwnych fal. Jestem przypływem. Jestem odpływem. Jestem porządkiem wyłonionym z chaosu i chaosem narodzonym z ładu.
Z jaką łatwością przemykam od nieskończoności do nieistnienia.
Jest inny sposób. Wystarczy, że jedna chwila rozciągnie się, osiągając rozmiar wieczności. Wtedy pogrążymy się we wspólnej aczasowości, zamiast rozkładać na części wymiary samotności.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz