strumienie
Bierzemy głęboki wdech i zanurzamy się w strumieniu informacji. Nie oddychamy, żeby się nie zachłysnąć.
Tak rozpoczyna się poranek każdego dnia.
Włączamy wszystkie filtry, odrzucając setki reklam, plotek, wiadomości i powoli się rozbudzamy.
Jesteśmy gotowi stawić czoła życiu w kolejnej odsłonie. Kolejnemu bombardowaniu bodźców.
Przystosowanie polega na wyłowieniu tego, co istotne w wezbranym, bełkotliwym ścieku. Z zastrzeżeniem, że ściek definiowany jest w sposób skrajnie subiektywny.
Gazety i telewizja stanowiły jedynie przedsmak, nie są interaktywne. Dopiero era internetu otworzyła pełnię możliwości. Udostępniła świat wiedzy dynamicznej, spersonalizowanej, przycinanej do potrzeb.
Ktoś, kto narzeka na jakość głównego nurtu informacyjnej rzeki, jest malkontentem i kretynem cierpiącym na nadmiar wolnego czasu. Pod względem intelektualnych możliwości, przekrój społeczny zasadniczo się nie zmienia i nie ma co liczyć na cud.
(Proszę mi o tym przypomnieć, kiedy następnym razem zirytuję się spiętrzoną falą głupoty.)*
Żyjemy w czasach ciekawych i trudnych.
Ciekawych, bo nigdy nie było tak powszechnego dostępu do wiedzy. Trudnych, ponieważ wraz z ilością, szybkością i zróżnicowaniem pod kątem różnych odbiorców, wiedza masowa stała się rozcieńczona. Wyławianie nieco gęstszych grudek wymaga wprawy i coraz lepszych, bardziej specjalistycznych sit.
Każda możliwość wiąże sie z trudnościami. Nihil novi.
A gdyby tak spróbować wynurzyć głowę ponad powierzchnię?
Co za dziwne uczucie.
Zaraz zaraz.. czegoś tu brakuje.
A tak, informacyjnego szumu.
Zdajemy sobie sprawę z jego istnienia dopiero wtedy, gdy wychwytujemy zmianę natężenia, np. niespodziewane wyciszenia. W rzeczywistości jest to tło, które nigdy nie znika. Z ustami nad powierzchnią zauważamy, że nieustanne bulgotanie nie zamiera i skazani jesteśmy na wdychanie oparów.
Słyszysz to brzęczenie elektronicznych much?
Dawno temu, kiedy do określenia wieku wystarczała mi jedna cyfra, oglądałam w telewizji jakiś program o życiu w afrykańskiej wiosce. Zdziwiłam się, że ludzie nie odganiają much siadających im na głowach i ramionach. Zawsze miałam tak potworne łaskotki, że samo patrzenie było drażniące. Zastanowiłam się, dlaczego im to nie przeszkadza.
Możliwa była tylko jedna odpowiedź - przyzwyczaili się.
Większość ludzi nie czuje nawet potrzeby wynurzenia. Przyzwyczaili się.
~~~~~~~~
Jestem pewna, że na ten temat powstało już wiele książek, artykułów, notek - mówiąc krótko - morze słów. Już tylko impulsywnie (a raczej kompulsywnie) klikam "Publikuj".
(Nota bene cóż za nobilitacja. Kiedyś dodawałam notki, teraz je publikuję).
Powszechność i oczywistość moich myśli jest przyczyną rosnącej dominacji przeżyć i codzienności nad refleksyjnością na tym blogu. Nie to, żebym czuła w sposób szczególnie oryginalny. Po prostu poprzez połączenie formy, czucia i treści trochę łatwiej wyeksponować "mojość".
_________________________________________________
*Nie dotyczy głupoty jednostkowej, spotykanej twarzą w twarz. Czasami przeżywam taki szok światopoglądowy, że irytacja jest jedynym buforem bezpieczeństwa.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz