kres za kotarą obojętności


Doszłam do kresu możliwości.

Z braku lepszych pomysłów jeszcze rzucam się w nieustalenie, ale nawet ono się utrwala i zamyka mnie w klatce zamrożonej amorficzności. Palcami błądzę po szkle, ustalając granice więzienia. Jego ściany delikatnie falują i odkształcają się pod wpływem dotyku. Gdy wbijam paznokcie, drżą, jakby miały łaskotki, ale nie pozwalają przeniknąć na drugą stronę. Żadne uderzenie nie pomoże przy takim połączeniu wytrzymałości i elastyczności. Wiem z góry, ale i tak walę pięścią z bezsilności. Szkło chichocze i czerwieni się gdzieniegdzie, ukazując odbicie mojej złości.
Później na chwilę zamiera. Wstrzymuję oddech wobec narastającej ciszy bezruchu.
Zauważam na szybie maleńką plamkę szarości. Już czuję, co się stanie, ale i tak próbuję ją jeszcze szybko zdrapać. Ślad bezbarwności rozrasta się i wszystko zalewa fala zmętnienia.
W środku nie ma przestrzeni. Nie ma nieba. Nie ma słońca, barw, dnia, nocy, ludzi, zdarzeń, wrażeń. Nic nie ma.
Siadam po turecku mniej więcej w centrum klatki. W srebrnej poświacie dostrzegam, że skórę mam powleczoną szkłem.
Szklaną dłonią sięgam do szklanego policzka. Szklanym językiem badam obojętny chłód szklanych ust. Szklane powieki rozprowadzają na powierzchni szklanych oczu cieniutką, ochronną warstewką szklanych łez. Mruganie sprawia, że szklane rzęsy cichutko podzwaniają, gdy o siebie uderzają.

Nie dziwię się. Stąd pewność, że osiągnęłam już kres możliwości.

0 komentarze:

Prześlij komentarz