łagodna natura
Równie łatwo można poparzyć się gorącem i chłodem.
Jesteś szczęściarą - masz dostęp do obu skrajności. Na ogół zjednoczonych w ambiwalencji.
Odkąd pamiętam towarzyszył mi obraz zamrożonych płomieni. Języków ognia liżących od wewnątrz kryształ lodu. Syczących i wściekłych,
wciskających się lubieżnie w najdrobniejsze pęknięcia. Właśnie w rysach gromadziły się najgęstsze pokłady furii czekające na swoją godzinę.
Spuszczone z łańcucha siały spustoszenie, a później potulnie wracały i łasiły się do nóg. Falą pobudzenia podskórnie wspinały się, oplatały
nadgarstki i szyję, a później gwałtownie wżerały się głęboko w tkanki, zatapiając ciało w eksplozji dreszczy. Nie licząc tych chwil na zewnatrz panował sterylny chłód.
Właściwie niewiele się nie zmieniło.
Może poza tym, że ogień ma tysiące odcieni i odblasków. Czasami ogrzewa się w cieple łagodniejszych uczuć i gładzi policzek opuszkiem szponiastego palca. Poza tym, że zimno niekiedy ulega skropleniu i na skórze osadzają się kropelki.
No i może poza tym, że dzisiaj u podstawy kryształu rozlałabym jeszcze ciekły azot dla lepszego klimatu.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz