z cyklu - Sae otwiera dwie szuflady gigantycznej komody


W scenariuszu dnia dzisiejszego znalazło się gdzieś na drugim planie miejsce dla dwóch typów postaci.
Do pierwszego zaliczają się ludzie spod znaku "carpe diem", którzy nie czują potrzeby zastanawiania się nad przyszłością. Żyją tu i teraz, w wiecznie aktualnej krainie szczęśliwości. Są tak zajęci obgryzaniem do czysta kości teraźniejszości, że nawet perspektywa największej katastrofy z jutrzejszą datą nie jest w stanie ich poruszyć.
Drugą kategorię stanowią osoby z syndromem Scarlett O'Hara. Kłopoty teraźniejszości nie są im straszne, ponieważ będą myśleć o nich jutro. Jutro, jak wiadomo, posiada ciekawe właściwości. Po pierwsze nie nadchodzi. Po drugie, nawet jeśli wczorajsze jutro daje się we znaki poprzez dokuczliwe konsekwencje w teraźniejszości, problemy albo stopniowo rozmywają się w czasie (co świadczy o ich kiepskiej jakości, ale całkiem przyzwoitej kondycji wyobraźni), albo naturalnie przemijają, albo zaczynają przypominać tsunami. W ostatnim przypadku najlepiej od razu zacząć gonić jutro, które w ucieczce nie ma sobie równych, choć jest to już raczej działanie na pokaz.

W jednym dniu zestawienie postaw w postaci dwóch obrazów odbijanych w zwierciadle czasu. A cel pozostaje ten sam - usunięcie nieszczęścia ze świadomości.

A gdyby tak jeszcze raz odbić?
Żyć cierpieniem w teraźniejszości, myśleć o kłopotach przyszłości? Kolejne dwie szuflady, w których można zamknąć Kłapouchych codzienności. Popularniejsza jest jednak kombinacja zmagania z problemem w teraźniejszości i marzenia o szczęściu w przyszłości. Model iście bajkowy dla Kopciuszków uwięzionych w szarej i brudnej rzeczywistości. Tyle że niemodny. Podobnie jak przetrwalnikowa metoda Scarlett. Ciągle jeszcze wiedzie prym życie chwilą, bo ktoś skutecznie rozpuścił tę ideę w powietrzu, którym oddychamy. A ja się zwykle zastanawiam czy człowiek legitymujący się tą dewizą z równym zaangażowaniem zatraca się w cierpieniu, co w zadowoleniu. A może po prostu chwyta dni, jak radzi świat, a gdy koralik, który ma być nanizany na sznureczek życia, okazuje się trefny, wypuszcza go z rąk. Powinno nam przez tę procedurę głośno chrzęścić pod butami.

(Od razu widać, kiedy mi się nudzi. Wtedy tasuję w myślach zgrane karty. Gdybym chociaż zagrała w pokera... ale niee. Układam sobie bezstresowo pasjansa.)

0 komentarze:

Prześlij komentarz