smuga cienia
Smuży.
Smugi dymu. Smugi dźwięku. Smugi myśli. Wiją się w górę, coraz rzadsze i bardziej rozmyte, aż stają się w końcu nierozróżnialne. Nie wiem czy drżę ja, powietrze, czy może drobinki zakłócające przejrzystość dnia.
Czuję się tak, jakbym wygrzebywała się spod niekończących się warstw światła i cienia. Po skórze spływają strużki czystej jasności, suną pasma zaciemnienia. Brnę wyżej, aż pojawia się chłód skraplający wijące się wstęgi światłocienia. W chmurzącym się, wilgotnym mroku tylko gdzieniegdzie błyszczą kropelki blasku. Połknięcie choć jednej z nich może sprawić, że cały układ nerwowy zaiskrzy i nie będą to tylko zimne ognie. Poczułabym, jak ciepło przyjemnie rozlewające się w ciele zagnieżdża się w zakamarkach. To ważny zapas.
Bez niego nie przetrwam kolejnej zimy nieistnienia.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz