czcze i pokrętne gadanie o jelitach
Słowa na wzór rzeczywistości stają się ostre i poszarpane. Gryzą, drapią, zdzierają powłoki myśli bez odrobiny delikatności, bez krztyny wyczucia.
Myślę - pomyślę bez ich użycia. Obrazami, zapachami, impulsami.. ale nie tak jak zawsze: tylko troszkę, z drapieżnym słowem gotowym do skoku i niesienia wsparcia. Tym razem wejdę w bezsłowność tak głęboko jak się da. Bez rusztowań.
Puszczam sznurki myśli i wypowiadam łagodnie ostatnie słowa - ułóżcie się w przedziwny wzór. Z napięciem śledzę falujące w powietrzu skrawki i ścinki, które gną ekwilibrystycznie wężowe cielska. Rozwidlone zakończenia tryskają kolorowymi zimnymi ogniami i subtelnie podbarwiają powietrze.
Będzie pięknie!
Na podłogę wyobraźni opada marny wiecheć.
No tak.
Czubkiem buta rozgrzebuję go delikatnie, potrącam martwe włókienka. Czuję się tak, jakbym miała wróżyć z jelit. Mam ochotę spuścić kurtynę, ale ze wszystkich stron przyglądają mi się steki tysięcy par oczu, które budują ściany i podłogi. Trochę bezradnie stoję na środku tej gigantycznej cytadeli spojrzeń. Stoję dziwnie, bo do wszystkich jestem zwrócona przodem, więc pewnie wiruję szybko, rodząc na poczekaniu złudzenia jednoczesności. Wiecheć wziął sobie do dwunastnicy jelitowe porównanie i obracając się wraz ze mną obryzguje wszystkie pozbawione powiek gałki oczne krwią i treścią. Dokładnie tak, jak miało to miejsce w jelitowych scenach batalistycznych, opisywanych gęsto a obficie w literaturze dla młodzieży. Jatka jak się patrzy. Ja tka bezsłowną opowieść. Jak się patrzy. Stoi pod ścianą dojony przez miniaturkę Czomolungmy i przygląda się scenie obojętnym wzrokiem.
Ja wie, że zbyt mocno skręca w skojarzeniową abstrakcję, a tu, na miejscu ściany przerastają żyłami i arteriami. Wszechogarniające tętnienie wypełnia przestrzeń. Podłoże zaczyna kurczyć się perystaltycznie. Przewracam się i osuwam pomiędzy kolejne skręty ożywionych sznurów myśli. Wystające kosmki ocierają się o moją twarz, co przywodzi na myśl rzęsiste trawy. Zapadam się w ich synchronicznym falowaniu, które może niszczyć światy, a przynajmniej mosty, które je łączą.
Wnikam głębiej.
Głębiej głębiej.
Gdzieś pod.
Nie, nie tam gdzie myślisz. Jeszcze niżej. Przenikam podłoże pod. Tam zostaję sam na sam z jelitową, rozedrganą, wilgotną kosmatością maskującą niewyobrażalnie wielkie przestrzenie.
Wyplączę się dopiero wtedy, gdy wygładzę powierzchnie.
A tymczasem kraina traw.
Skoro pamięć wyłuskała film z przeszłości, możemy iść na Parnassusa.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz