wielkie przegrane
Nic się tak w życiu nie udaje jak porażki.
Sukcesy są ważne, owszem, ale za każdą pokonaną granicą kryje się następna wymagająca przekroczenia. Mile łechcący i stymulujący proces, który jednak nie umywa się do dobrej przegranej.
Gwałtowne roztrzaskanie się o barierę potencjału rodzi konieczność bolesnego poskładania siebie z ostrych kawałeczków. Każdy kolejny odłamek to prywatna lekcja pokory stanowiąca jednocześnie poznawczą gratkę. Istnieje tylko jeden warunek - trzeba chcieć zrozumieć. Wtedy analiza fiaska okaże się więcej warta od analizy triumfu, ponieważ w trakcie przeprowadzania pierwszej z nich nie jest się pijanym zadowoleniem.
Czasami kwintesencją upadku jest podniesienie się, ponowienie próby i ostateczne zwycięstwo. Czasami kończy się wyłącznie na starciu błota z twarzy. W obu przypadkach niepowodzenie jest cennym kamieniem o ciekawej strukturze. Warto je wyszlifować, postawić na chwilę w widocznym miejscu, stanąć twarzą w twarz i patrzeć. A później skruszyć i powoli wypić gorzką zawiesinę. Tak, żeby po odstawieniu pustego szkła śladowe ilości goryczy jeszcze chrzęściły między zębami.
Wtedy można się uśmiechnąć.
Dowodem wartości katastrofy jest fakt, że historia kocha wielkich przegranych. A jeśli już jakaś postać nie ma odrobiny przyzwoitości i po triumfalnej serii z karabinu maszynowego nie ponosi spektakularnej klęski, to zdecydowanie powinna zadbać o wyeksponowanie odpowiedniej ilości wad charakteru. Ludzie akceptują doskonał20ość jedynie u bogów a nawet to sprawia im wielką trudność.
Niniejszym życzę wszystkim i sobie najwspanialszych klęsk!
(koniecznie osłodzonych zwycięstwami, to znane antidotum na frustrację)
Wznoszę toast za wielkich przegranych!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz