domowe zwierzątka
Oswajam warczące poranki. Uspokajam je cichym, stanowczym głosem. Nie wykonuję gwałtownych ruchów, czekam aż same się zbliżą i pozwolą pogłaskać. Na razie łagodność jeszcze się sprawdza, ale z każdym przebudzeniem świt coraz bardziej obnaża kły, demonstrując rosnącą wściekłość świata.
Jutro-pojutrze-może-za-dwa-dni zaczniemy się szarpać, kaleczyć i gryźć.
Nie pytaj mnie wtedy, dlaczego mam zmęczone oczy i lakier starty z końcówek paznokci. Nie dociekaj, skąd huk wystrzału, skowyt o tak wczesnej porze i czy ten krzyk tuż po nim nie był przypadkiem mój. Nie wnikaj, po co na nocnej szafce nóż kuchenny i gdzie zapodziała się siekiera. Przecież i tak nie ma czasu, żeby palić w kominku. W zamian obiecuję, że już nie zapomnę o tłumiku, a zamiast próbować odciąć bestii język, od razu zmiażdżę jej krtań. (W myślach dodaję jeszcze, że gdy tylko przestaną drżeć mi dłonie, zadbam o manicure).
Zresztą widzisz, że w ciągu dnia zupełnie szczerze się uśmiecham, a iskierki radości gasną dopiero przy najdalszej granicy snu. A to dlatego, że pociesza mnie jedna perspektywa - gdy przyjdzie zmierzyć się z ostatnim brzaskiem, ten pożre mnie w całości. Nie muszę martwić się o własne truchło.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz