*
Chwilowo.
Żyję przy powierzchni. Naskórkowo.
Niezgorszy rodzaj egzystnecji.
Lekkość bytu małej rybki skubiącej martwe komórki, które obrastają życie życie.
(skąd wiesz, ile waży byt rybki i czy nie ciężko jej go udźwignąć?)
Lepkość bytu małej rybki skubiącej martwe komórki, które obrastają życie w brudnej, zgęstniałej rzece.
Lepkość
odczuwana jako
spo-wol-nie-nie
nurtu
czasu.
Omijam wiry, które pozwalają dostrzec cykliczności.
Spływam.
Rozpuszczona.
Wtapiam się, topiąc przy tym lody.
Kontaktuję się ze wszystkim przez półprzepuszczalne błony i tak postępuje filtracja mojej osobowości.
To jeden z tych dni, w czasie których po każdym mrugnięciu widzę pod powiekami śnieg jak na ekranie telewizora, a w głowie słyszę szum. Otwieram oczy i na siatkówce powstaje obraz wielobarwnych płatków kwiatów na tle gęsto padającego z nieba śniegu. Szybciej od impulsów nerwowych, które utykają na skrzyżowaniu wzrokowym, miękko ryję w korze mózgu obraz białych kwiatów na tle wielobarwnych płatków śniegu gęsto padających z nieba.
Tak lepiej.
Opuszczenie powiek - szum.
Podniesienie powiek - obraz.
Szum.
Obraz.
Szum.
Obraz.
Można się przyzwyczaić.
(Tylko niech się komuś nie zacznie wydawać, że śnieg odbity w wewnętrznej fakturze powiek to jakaś durna metafora.)
(Metafory się skończyły.)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz