Sen pognieciony, w pomiętej pościeli. Gdzieś w warstwie między policzkiem i poduszką uwierające nieprzyjemne zdarzenia. Gwałtowne wybudzenia, dźwięki, głosy, rezygnacja, chłód zobojętnienia. Przed każdym zaśnięciem chichot przeszłości skulonej za ścianą. Skrobanie powykręcanym paznokciem zabliźnionej skórki wspomnień.
Z takiej nocy budzę się rano - jak sen - pognieciona. Rozbita na fragmenty z kiedyś i z teraz. Choć chcę się scalić, nie mam siły, by pod prysznicem odkręcić zimną wodę i poprzez ciało ocucić umysł. Ciepło rozpływa się podskórnie wraz z gorącym strumieniem, szum oczyszcza ze zbędnych myśli. Oddech jest przesycony parą wodną.
Wychodzę z kabiny i piszę palcem na zaparowanym lustrze:
DZIEŃ
- Weź go - mówię do siebie. - Jest twój.
- Dzień - czytam po chwili wpatrywania się, jakby na próbę, smakując to słowo. Później ścieram napis lewą dłonią.
*
Świat zgasł. Nie zdążyłaś.
Istota nie tkwi w wykonywanych czynnościach, zdarzeniach, bodźcach, przypadkach. Nie tkwi w ludziach. W każdym razie nie pierwotnie.
Istota tkwi w tobie. Dlatego teraz jej nie ma.
Szukaj
głębiej

0 komentarze:
Prześlij komentarz