do siebie
Nie przegrzebię się przez te wszystkie warstwy. Nie mam szans. Zresztą pewnie sam pomysł, że w ogóle można się przedrzeć, jest czystą mrzonką.
Szkoda, że to niczego nie zmienia. Nakręcona w głowie pozytywka od razu wygrywa "istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że...". A ja się trzymam tych wszystkich odchyleń, błędów, pomyłek czy innych kpin świata. Jakbym liczyła, że może rzeczywistość nie zdąży się zorientować, co kombinuję. Na razie nawet ja sama nie mogę zorientować się, co kombinuję. Taka jestem sprytna.
*
Pławię się w swojej naiwności, w głupocie, w skretynieniu totalnym. Jak
skończona idiotka drążę oczywistości, ryję w pustce. Dopytuję do granic
absurdu i granic śmieszności. Kolejny odruch Pawłowa, tuż obok
nałogowego odpowiadania na pytania retoryczne. Dobrze, że się chociaż
nie ślinię na dźwięk dzwonka.
*
Czegokolwiek bym nie robiła, jakkolwiek mocno bym się nie angażowała, wiem, że czegoś brakuje. Czuję całą sobą przeklętą wyrwę. Przez ten brak nie istnieję naprawdę, a po jego wypełnieniu pewnie nie mogłabym żyć, ponieważ właśnie on wymusza ciągły ruch. A jako że ja naprawdę uwielbiam żyć, powstaje dysonans rozsadzający łeb. Nie widzę tu dobrych rozwiązań, co oczywiście nie znaczy, że nie ma wyboru. Wybór jest zawsze, inna sprawa, że dostępne opcje są zwykle chujowe.
*
Jak długo można roztrząsać wciąż to samo? Tyle lat szukania, tyle lat dłubania w rozjątrzonych ranach. Tyle lat analiz, tyle lat prób i błędów. Ile można...?
*
Nie przegrzebię się przez te wszystkie warstwy... Nie ma szans... Nie przebiję się do rdzenia istnienia.
*
(psst)
(przecież nie wierzysz w niemożliwość)
*
(cii..)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz