kadłubki
Słowa wyciekają ze mnie bez żadnej kontroli. Bezładnie, bezskładnie. I nie, nie chodzi o lekceważący stosunek do gramatyki, o pominięcie etapu sprawdzenia elementarnej poprawności. Takie rzeczy giną w tłumie, we mnie budząc tylko dyskomfort.
Jest gorzej. Produkuję bez umiaru roztopione słowa, które bez mocy dryfują w zupie rzadkiej treści. A ludzie odchodzą przekonani, że to ma sens. Pytanie domaga się odpowiedzi, więc jej udzielam, problem wymaga obronienia, więc go bronię. Lepię kulkę z prawd, a gdy trzeba, kleję czym się da i zatykam rozmówcy usta. Przeżuwaj. Gdy próbuje jeszcze nieśmiało indagować, tworzę maź bardziej lepką. "Wyjaśniłam?" Usta są już nieruchome, tylko głowa kiwa się jak u pieska-maskotki w samochodzie. "Nawet gdyby to nie była prawda, pani i tak nas do tego przekona". Przekona. Tylko że to nie jestem ja - przemieniona w byt ukierunkowany na cel, pozbawiony krztyny zwykłej uczciwości. Nie wobec świata. Wobec siebie samej. Nie, nie kłamię. Kłamstwo zbyt łatwo zdemaskować. Ja po prostu ślizgam się po powierzchni prawd.
Dlatego wolę dyskusje bezcelowe. Uciekam w nich od przekonywania do poszukiwania i szperania. Uwalniam się od najgorszego, czyli od przekonania. Czasami jeszcze wykorzystuję możliwość pisania. Zamrożenie form, odległość i archiwizowanie powściąga i ogranicza przymus udowadniania racji, który po przekroczeniu cienkiej granicy oddala od prawdy. Niestety nie wyzwala od innej potwornej słabości. Niezależnie od miejsca i sposobu komunikowania od czasu do czasu przecieka cynizm. Chyba nie można dawać większego świadectwa bezsilności.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz