z mlekiem bez cukru


Pierwsza kawa, czwarta, piąta. Pianka na powierzchni, hipnotyczne mleczno-brązowe wiry. Gorycz wsiąkająca w język, drażniąca podniebienie. Płynne przejście od smaku w niesmak. Zachowuję się tak, jakbym mogła pożywić się uczuciem mdłości zamkniętym w klatce ciała, jakbym podejmowała nieśmiałą próbę ucieczki od ustalonego ładu. Tak marną i banalną… rejteradę w stylu człowieka, który śpi, najnudniejszej istoty ludzkiej w historii dziejów, literatury i kinematografii. Żałosnej kreatury karmiącej się w tylko rutyną. Ja udoskonalam metodę i zwielokrotniam sztampę codzienności. Pomnażam ją z nabożną czcią, uświęcam każdym wystudiowanym przez lata gestem, czynię z niej swoją religię. Mam przecież duchowe potrzeby i muszę je jakoś zaspokajać. Poddając się wymogom kultu, buduję kamienne kręgi, które wyznaczają granicę mojej wolności. Jakby jakiś sąd skazał mnie na karę nieustannych powrotów i uwikłania w cyklach, ale to przecież ja jestem oskarżycielem, sędzią i miernym obrońcą. Sama siebie osądzam i odtrącam.
Kurwa.
Trzeci dzień się ze sobą męczę. Trzeci dzień nienawidzę się i mam dość kreowanej przez siebie i wokół siebie rzeczywistości. Nie wiem jak inni ludzie, ale ja mam bardzo emocjonalny stosunek do swojej własnej osoby. Wzbudzam w samej sobie niezwykle żywe uczucia a teraz właśnie gardzę, brzydzę się i nienawidzę, bo nie mogęe wyjść ze stworzonego naprędce piekła. A im bardziej nienawidzę, tym trudniej mi wyjść, tym baradziej nienawidzę...
Szósta kawa? Nie, dziękuję. Nie rób sobie kłopotu.

0 komentarze:

Prześlij komentarz