płynność
Rozsmakowałam się w fleksyjności języka. Lubię jej giętkość i elastyczność, lubię mnogość możliwości objawiającą się dopiero na końcu. Kręci mnie to, co można robić z leksemem, bo nierozerwalnie wiąże się z wargami, językiem i podniebieniem, ponieważ słowo, żeby było dźwięczne, pełne i mocne musi być nawilżone śliną, a jeśli wcześniej użyźni się je myślą lub instynktem, może rosnąć i rozkwitać w rzeczywistości, zaczepiać i drażnić potencjalne działania. Czasami widzę wypowiedzi jak cielska węży, poplątane, uwikłane w liźniętej po łebkach logice, szamocą się jak w Grupie Laokoona, ale nadal zachwycają pięknymi, wijącymi się splotami, silnie zaciskającymi się odnóżami. Taniec kształtów nieprzemyślanych prawd, rozpaczliwe szarpnięcia i próby prześlizgnięcia się przez luki w wypowiedzi. Smakowite kąski. Nie mówię, że gardzę delikatnie muskającymi opowieściami rodzącymi się w ustach, których wargi porastają białe trawki. Te są jak tchnienie wiatru lub dotknięcie trzepoczących rzęs, i tylko czasami uderzają zaskakującym huraganem mocy.
Tak... Lubię rozmawiać z ludźmi. Nie z wszystkimi, ale tymi którzy czymś przykują uwagę. Lubię, gdy rozbierają się w rozmowie. Nawet jeśli pozornie mówią o trywialnych sprawach, na ich słowach osiada kurz gestów i min, nieuświadomionych przyzwyczajeń i odruchów. Zastygnięcia twarzy czy rozchylonych ust, zmrużenia oczu, zapatrzenia, dotknięcia językiem, drgnięcia kącików. Sprawia mi przyjemność powolne sączenie tych koktajli formy i treści. Taak... Lubię upijać się słowami. Wolę upijać się ludźmi.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz