kropla
Nieruchomy wzrok wbity w przestrzeń. Kropelka światła w mroku obrysowuje krawędź źrenicy. Ciemność zagęszcza się w kręgu, kotłuje. Stopniowo wyłania się z niej esencja doskonałej czerni. Dziurka powolutku zaczyna absorbować otoczenie. Wysysa kontury rzeczywistości, chłonie barwy, łapczywie spija wypukłości. Spojrzenie sięga coraz dalej, prześlizguje się po wymiarach i pożera wszystko, co leży w jego zasięgu. Źrenica rozrasta się, ciemność penetruje każdy skrawek przestrzeni. Przenika w głąb oka i kanałem wzrokowym sączy się do mózgu. Miękko wyściela zakamarki, oplata ciałka neuronów dodatkową osłonką. Zaburza kolejne fale depolaryzacji...
Na sklepieniu umysłu zbiera się migoczący punkcik. Raz po raz skrzy się wszystkimi kolorami tęczy. Rośnie, uwypukla się, ciąży. Kropla szaleństwa nieruchomieje w chwili zrównoważenia. W wyniku drobnego wstrząsu odrywa się i wybuchając feerią barw, rozświetla falującą łagodnie taflę myśli. Wpadając, rozpryskuje się. Okręgi rozedrganego zaburzenia rozchodzi się po powierzchni. Barwne wstęgi przenikają rytmicznie marszczące się warstwy świadomości, oplatają je, wygładzają nierówności.
Umysł iskrzy.
Ze znanej rzeczywistości niespodziewanie pączkuje nowy świat – całkowicie wyobcowany wszechświat wnętrza.
Na czas równy mrugnięciu zapada ciemność.
Wyłania się dźwięk tysięcy kropel uderzających o bruk. Deszcz rozprasza światło latarni ulicznych. Cienie i lęki nocy gnieżdżą się w każdym pęknięciu murów, ścielą pod stopami jedynej żywej postaci w okolicy. Dreszcz wstrząsa jej ciałem, zmusza do biegu. Strugi wody zalewają oczy, ubranie lepi się do skóry, nieco krepując ruchy. Bose stopy roztrzaskują kałuże, ślizgają się po kocich łbach.
Uliczka zwęża się, fundamenty budynków trzeszczą, próbując się przemieścić. Ściany kamienic nachylają się, zwężając szczelinę, przez którą podejrzliwie łypie pochmurne niebo. Powieki murów domykają się, wygięte latarnie splatają u szczytu ramiona, tworząc powykręcane żyrandole. Postać w zarastającym korytarzu pochyla się, rozkłada ramiona, dłonie przesuwają się po nierównościach szorstkich kamieni, drapią powierzchnię, napierają bezskutecznie.
Nagle tuż obok uchylają się niewielkie, półokrągłe drzwi. Skulona sylwetka dopada do nich, przeciska się. Furtka zatrzaskuje się.
Postać osuwa się po ścianie, kucając i chowając twarz w dłoniach.
Kolejny zaułek.
Instynktownie wyczuwając ruch, podnosi wzrok.
Dłoń w czarnej rękawiczce zapala zapałkę. Mężczyzna w smokingu uśmiecha samymi kącikami ust. Lewą ręką sięga do wewnętrznej kieszeni i spokojnie wyjmuje rewolwer.
Elegancko, myśli postać.
Huk wystrzału.
Ciemność.
Na czarną, wypolerowaną podłogę spada kropla krwi. Po chwili dołączają kolejne, upadając z coraz większą częstotliwością.
Postać podnosi pochyloną głowę i czując spływającą po skroni strużkę, spogląda w wysokie lustro. Poszarpana dziura nad prawym okiem. Nie boli.
Fizyczny ból już nie dotyczy umysłu. Świat poza ścianami czaszki przestał istnieć, nie może więc ranić. Umarli nie powracają z grobu. A jeśli jednak...
Jeśli tak, to zamorduje go jeszcze raz.
Uśmiecha się.
Ponownie zaszyje się w własnej przestrzeni wewnętrznych wymiarów i będzie zabijać odradzający się pasożytniczo zewnętrzny świat.
Odbicie spogląda z politowaniem, po czym siada na kanapie w głębi zwierciadła.
To się nie uda, mówi, zapalając spokojnie papierosa.
Zamknij się!
Zachowaj choć odrobinę klasy.
Miałaś zniknąć razem ze światem, pieprzona logiko!
Doprawdy? Zawsze twierdziłam, że karmienie się płonnymi nadziejami nie wyjdzie ci na dobre. I przestań krzyczeć. Nie histeryzuj, powściągnij emocje, zanim znów staniesz się wulgarna. Za tobą jest kanapa. Dość wygodna. Odpręż się.
Pozbędę się ciebie. A poza tym dziękuję za troskę, postoję.
Ten ton podoba mi się dużo bardziej. Dobrze wiesz, jak się mnie pozbyć. Nie morduj świata. Zabij siebie.
Mnie. Ciebie. To bez różnicy.
Nie powinnaś się do mnie zwracać per ty. Jesteś odpowiedzialna za tę pretensjonalną dezintegrację. Ja, ty, ... Po co to komu? Wszystko zamyka się w jednym ja. My, ty, wy, ona, on, ono, oni wszyscy. Wydaje ci się..
Przejmujesz moje nawyki? Moje marne formy?
Jestem tylko częścią ciebie. Wystarczyło wziąć diamentowy nożyk i komórka po komórce rozdzielać skłębioną osobowość.
Rozczaruję cię, o sterylności intelektu. Na węzeł gordyjski jest tylko jedna metoda. Nie uwzględnia zagłębiania się w szczegóły.
Co za brutalność wyobrażeń. Za często ze mną obcowałaś.
Naprawdę myślisz, że podział przebiegał wzdłuż tak prymitywnej linii? Łudzisz się, że jesteś nieskalana emocjami, naiwnością? Nie obejmujesz nawet w całości pierwiastka ratio. Co za nieprzeciętna głupota rzekomo rozumniejszej...
Ktoś musi być nieprzeciętny. Z braku konkurencji jestem to ja.
Nie jest tak, że po prostu na siebie wpływamy. Jesteśmy tym samym. Gdybyśmy się zamieniły miejscami, nikt nie zauważyłby różnicy. Od czasu do czasu wybieramy odmienne formy, ale nie jak bliźniaczki. Jesteśmy jednym. Nie jako części jedności, a współistotne kopie.
Nie sprowadzaj wszystkiego do odcisków palców. Czujesz, że forma jest ważna. Zintegrowana z każdą z nas z osobna. Zamiana ról, choć – nie przeczę – możliwa, nie byłaby łatwa. Tylko, powiedz mi kochanie, co wtedy stanie się z prawdą?
Rozczarowujesz mnie. Każda forma mieści się w ja, jeśli tylko mogła się tam narodzić lub przynajmniej zagnieździć.
Jesteś bez serca. Gdy czysta racjonalność mówi coś takiego... Z czego się śmiejesz?
Z zamiany ról. Ale dobrze wiesz, co mam na myśli. Maski, kreacje są formą wyrażania prawdy. Nawet kłamstwo w pewnych okolicznościach prowadzi do jej poznania.
Zawsze miałaś talent do wyszukiwania najkrótszej drogi...
Daruj sobie.
Wiesz, w czym tkwi nasz problem? Mamy ten sam cel, ale dążymy do niego różnymi ścieżkami.
Teoretycznie to powinno dać nam pełnię. Rozszerzyć możliwości.
Zniszczymy się.
Oczywiście. Kiedy się tak uśmiechasz..
Kiedy się tak uśmiechasz...
Postać siada na kanapie.
Scala się. Może bezpiecznie tworzyć absolutną jedność tylko w aczasowości. Tak bardzo osadza się w sobie, że wszędzie jest u siebie. „Tak pojednana ze swoim istnieniem, że nieśmiertelna”?
Pojedyncze scalenia w ramie szaleństwa stają się przedsionkiem śmierci. Dopóki życie dzieje się poza czasem, dopóty kostucha pozostaje w atrium.
Pełną jedność można osiągnąć tylko w czasie, który w odpowiedniej chwili bierze swój diamentowy sztylecik i zaczyna rozdzielać gnijące tkanki, by zachęcić świat do przyjęcia obcej postaci z powrotem. Czas ze swym wygłodniałym robactwem staje bezsilny tylko wobec mózgu. Ten gliwieje doszczętnie za życia. Najważniejsze, by wyprzedzić czas...
Czerń wielokrotnie rozgałęziona w korytarzach myśli, rozpleniona w arbor vitae, cierpliwie pokrywająca pień mózgu, rozpełzła się po korze.
W rozszerzonej źrenicy błysnęła linia izoelektryczna świadomości.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz