katharsis


Włożyła dłoń w siebie i wyciągnęła ją w stronę małego, zniekształconego ciałka zwiniętego w kłębek. Przypominało wykrzywione, pomarszczone dziecko, blade i półślepe, jakby hodowane w ciemnościach. Nie bój się, szepnęła łagodnie. Delikatnie dotknęła kurczącego się w kącie karłowatego stworzonka. Ułomny, niewyrośnięty podmiot drgnął i skulił się jeszcze bardziej, choć wydawało się to niemożliwe. Skrywał się w cieniu od wielu lat. Był jak skarlałe, krzywe drzewo rozpaczliwe wczepione korzeniami w obsuwający się brzeg urwiska. Wzrastał krótko, targany wiatrem agresji. Raz po raz uderzany otwartą dłonią odrzucenia, wbijał piąstki głęboko w coraz bardziej wyjałowioną i piaszczystą ziemię, która łapczywie spijała każdą kroplę jęku skargi i wilgoci czucia.
Wszystko wokół rosło w siłę – fizycznie, intelektualnie, psychicznie. Obrastało w samoświadomość, choć coraz częściej zamykaną w kapsułach abstrakcji. Nie dojrzewał tylko maleńki, dziecięcy okruch podmiotowości. Zdarzało się, że tygodniami czy miesiącami milczał i trwał w bezruchu. Z rzadka budził się z uśpienia, rozrywając w bezsenne noce poczucie spójności i pewności istnienia. W chwilach trudnych zawsze wygrzebywał się ze swojej ciemnej nory i osłaniał przed atakami kierowanymi w najsłabsze punkty. Bronił nie z powodu swojej siły, a dlatego że nie miał już nic do stracenia. Maleńkie, brzydkie byle co, które stawało się lalką do bicia. Dziecięcokształtny stwór budzący odrazę, biorący na siebie wszystkie najgłębiej raniące pociski słów, by na innych poziomach umożliwić walkę o iluzję zachowania godności.
Po każdym takim epizodzie spychała go w najdalszy kąt nieświadomości, słuchając przy tym głośno muzyki, by zagłuszyć kwilenie. Wyrywała ten kawałek psychiki i trzymała w więzieniu zapomnienia.
A teraz wyciągała do niego dłoń.
Pieszczotliwie dotknęła pomarszczonej skórki, pogładziła skulone ciałko, delikatnie pogłaskała po wygiętym w kabłąk kręgosłupie. Aż poczuła, że spod jej zaciśniętych powiek wyciekają łzy. Czucie dziecka scalało się pomału z jej uczuciami. Rozerwana emocjonalność zaczęła się stapiać w jedność.
Nie bój się, powtórzyła cicho. Ty też zasługujesz na życie. Promienie słońca, które teraz ogrzewają moje ciało są przeznaczone także dla ciebie.
Zatrzymała dłoń głęboko w sobie, w szorstkim, martwym cieniu, w zobojętniałym, matowym chłodzie, jednocześnie chłonąc przezskórnie ciepło.
Popatrz, piękno świata, którego odłamki zazwyczaj kryją się  w drobiazgach, też jest dla ciebie. Refleksy codzienności, barwność przeżyć, spokój zwyczajności, wypełnione emocjami cisze, przepełnione pasją dźwięki, odcienie bliskości będą także twoim udziałem. Od teraz ty również możesz karmić się lekkością impresji niesionych przez nurt dni i nocy.  
Nie bój się już. Ja nigdy cię nie odrzucę.

0 komentarze:

Prześlij komentarz