smużenie


Na tle błękitu wiruje biały puch. Pół nocy rozrywałam na strzępy chmury, żeby mógł posypać się z nieba. Nikt mi teraz nie wmówi, że rozpoczął się okres pylenia topoli. Popatrzę w niebo jeszcze chwilkę, jeszcze przez dwa trzy łyki kawy.
Dobrze mi. Pomyślałam nawet, że tu i teraz jestem szczęśliwa. Ale nie. Jestem zadowolona. Obudziłam się w morzu światła. Na tyle wcześnie, by główny dopływ wlewał się do łóżka pod ostrym kątem. Przez siedem minut rozciągniętych między uśmiechem, który sympatyczni Włosi zamienili w dźwięk, pławiłam się w cieple i jasności.
Nigdzie nie idę. Cztery godziny temu poszłam spać. Spierdalaj. Tu się robi takie fajne wgłębienie. I jeszcze ta śmieszna fałdka prześcieradła, i zafalowanie miękkości, które sprawia, że w poduszce można się zatopić. I udusić dzień, jeśli ostatecznie nie uda się wynurzyć.
Wstrzykując poranną porcję endorfin, skropiłam się soczystą zielenią traw i zapachem mokrej ziemi. Nasyciłam tak bardzo słońcem świecącym prosto w twarz, że podpaliły się od tego płuca. Dzień dobry moje ciało. Nienawidzę cię! Ja też cię kocham.
Zmęczenie oczyszcza myśli. Codziennie usiłuję potwierdzić, że nie próbuję już od siebie uciec. Codziennie sprawdzam aktualność płynnego poczucia spójności zbudowanego na fundamencie kontrastów i sprzeczności. Codziennie wydaje mi się, że mogłabym po prostu żyć, celebrując chwilę i codziennie przekonuję się, że się mylę. Nie potrafię bez przerwy rezonować z rzeczywistością. Gdy próbuję, od razu pojawia się ciężki, betonowy spokój. A ja muszę gdzieś biec, szybko i lekko, muszę odczuwać niepewność. Z utęsknieniem czekam, aż rozedrze mnie od środka pierwsze lepsze piekło.
Kończy się moja ostania chwila na wyspie harmonijnej bieli. Podwijam nogi, by zmieścić się w zanikającej strużce światła. Słońce powędrowało gdzieś na południe. Mija moja ulubiona pora dnia. Pozostaje czekanie na zanurzenie w wieczornej smudze cienia.

0 komentarze:

Prześlij komentarz