kolejna odsłona zatrważających konsekwencji przewagi uzależnienia od pisania nad autokrytycyzmem
Wiesz… odwiedziłam kiedyś targowisko dusz. W okolicach każdego większego siedliska człowieka rozumnego można znaleźć takie miejsce. Pełne jest rozchichotanych czartów, żylastych handlarzy o szczurzych twarzach, zabłąkanych, neurotycznych samobójców, śmierci roztańczonych lub z szachami w dłoni, beznamiętnych diabłów, których fizys powleczona jest izolującą warstewką logiki i przewrotności... rodzaj spotkań i typ zawieranych znajomości zależy włącznie od twojej wiary i zabobonności.
Widziałam tam szklane, pięknie wyszlifowane dusze, w których olśniewająco załamywało się światło, a tuż obok dusze gęste i smoliste, łapczywie pożerające każdy kwant połamanego blasku. Znalazłam wiele krystalicznych dusz o regularnych kształtach i ciekawych barwach. Dostrzegłam dusze lśniące metaliczną sterylnością, których właściciele poświęcali całe życie na ich polerowanie, a także dusze wyrzeźbione przez życie w bryłach topornego kamienia. Były również dusze słodkie, lekkie i puszyste jak wata cukrowa, naprzeciw których umieszczono mały stragan wypełniony niebezpiecznymi duszami rozsiewającymi woń konwalii czy gorzkich migdałów. Handlarz o poparzonej skórze, pozbawiony dwóch palców u lewej ręki oferował dusze wybuchowe, zawierające sporą domieszkę prochu strzelniczego. Dalej odkryłam delikatne, jedwabiste dusze wykonane z najlepszych tkanin, ozdobione misternymi wzorami, lecz te miały jedynie przyciągać uwagę. Obok wystawiono masę podartych, wielokrotnie łatanych dusz, ale nawet one znajdowały swoich nabywców.
O ile zdążyłam się zorientować do najrzadszych i najcenniejszych należały dusze tkane z najczarniejszej materii nocy czy szorstkie dusze splatane z warkoczy pustynnego piasku. Koszmarnie napuszony opis, nawet jak na tamtejsze standardy, ale co zrobić… taka tradycja.
Nie poszłam na targowisko tylko po to, by się rozejrzeć. Chciałam wycenić własną duszę. Znaleźć jakikolwiek punkt odniesienia.
Bo widzisz… mam papierową duszę. I od początku przeczuwałam, że bynajmniej nie jest to papier wartościowy. Nawet na czarnym rynku zużytych dusz nikt nie chciał podać kwoty. Papier uchodzi ledwie za namiastkę ducha. Nie dość dobry nawet do ożywienia golema. Chciano mi nawet sprzedać kilka poślednich, ale za to prawdziwych dusz.
Po powrocie próbowałam arbitralnie nadać znaczenie mojemu pogniecionemu arkuszowi. Najpierw postanowiłam spisać na nim ważne myśli, ale właściwe słowa natychmiast się rozpierzchały. A może, myślałam, nie jest to kwestia braku słów? Golem samodzielnie nie myśli… Bzdura! Mam duszę równie dobrą, jak inne, tylko muszę to pokazać. Tak wpadłam na pomysł nadania mojej duszy kształtu. Wydzierałam równiutkie kawałki i cierpliwie tworzyłam kolejne zagięcia. Niestety koślawe żurawie nie mogły nikomu przynieść szczęścia. Wtedy zrozumiałam, że naturą papieru jest łatwopalność i jednorazowość, więc moim przeznaczeniem musi być pojedynczy, gwałtowny rozbłysk. Wystarczy iskra boża, która wznieci ogień…
I wiesz co? Ostatecznie zadowoliła mnie zwykła zapalniczka.
(Teraz cały mój świat to szklana kula od czasu do czasu potrząsana przez obcych ludzi pragnących zobaczyć wirowanie sztucznego śniegu. Po odstawieniu na półkę płaty ciężko opadają na dno, a ja brodzę w szarzejącym pyle, w mętnym popiele, który dawno temu spadł z cudzego papierosa.)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz