bz
Kiedy miałam siedemnaście lat jeszcze naiwnie wierzyłam, że sens jest immanentnie wpisany w naturę świata i ludzkie istnienie. Wystarczy tylko dobrze poszukać i pamiętać, że paznokcie odrastają. Gdy zbliżałam się do dwudziestki byłam przekonana, że życiu i rzeczywistości znaczenie trzeba nadać. Obecnie został mi chyba tylko wyeksploatowany nihilizm w pełnym wymiarze godzin (zamiast okazjonalnego nihilizowania) i może nawet bym się zdecydowała, gdyby nie wiało od niego nudą.
Poglądowe nieustatkowanie sprawia, że czuję się ciut nierzeczywiście. Nadrealnie, gdy za mostkiem wyrasta drzewo, którego konary zatykają przełyk a drobne gałązki łaskoczą podniebienie. Jestem wtedy zakorzeniona tylko w sobie. Trudno wyobrazić sobie bardziej niepewny, grząski grunt. Bywa też podrealnie, kiedy rozbieram otoczenie z wszystkiego, co normalnie rozmywa się w sprzecznościach i dwuznacznościach. Przepuszczam przez siebie świat na taśmie czasu, pozwalając sobie na zupełną obojętność. Nie jestem zdolna do przeniknięcia przez powierzchnię zdarzeń. Mentalnie leżę w wilgotnej piwnicy z twarzą przyciśniętą do błotnistego gruntu. Nie widzę brudu, nie czuję smrodu, do którego można się przyzwyczaić. Niby coś istnieje w pobliżu, ale okolica szybko się wypłaszcza, ściany zatapiają się w podłodze, a sufit i podłoże scalają się, o dziwo nie miażdżąc mnie przy tym. Przez chwilę mam poczucie własnej niematerialności, ale tak naprawdę też poddaję się wymiarowej redukcji. Więcej! To ja jestem jej przyczyną i poprzez postrzeganie ciągnę za sobą pobliski świat.
Nie potrafię ustalić, kiedy ostatnio było zwyczajnie - realnie.
Chyba zapomniałam, jak wierzy się w prawdziwość świata.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz