Trzy kobiety*


Za szklanymi, rozsuwanymi drzwiami szeroki korytarz z sufitem tak wysokim, że prawie niezauważalnym. Szare, połyskujące posadzki potęgują stukot obcasów, wzmacniają szurania, akcentując ludzkie kroki.  Dźwięki, w których wybrzmiewają subtelne różnice w rytmie istnienia, odbijają się od ścian i poobijane tną przestrzeń. Zmieszane tworzą szemrząco-klekocząca kakofonię indywidualności. Gdyby jednak podjąć próbę wyostrzenia poszczególnych osób, okaże się, że rozmywają się w tłumie przepływającym przez budynek kolorową masą. Jedynie szczególnie charakterystyczne drobiazgi przesuwają człowieka z tła na pierwszy plan.
Wejście w sferę delikatnej, srebrzysto-fioletowej chmury zapachu sprawia, że z roju wyłania się pierwsza kobieta. Jej perfumy są oplatającą wstęgą mgły. Dopóki uwaga skupia się na wanilii, woal wywołuje wrażenie łagodności, ale inne nuty budzą skojarzenie ze splotami wężowego cielska. Gdyby ktokolwiek mógł dotknąć tego zapachu,  poczułby pod palcami gładką skórę węża. Gdyby dobrze się przyjrzał, ujrzałby opływowy kształt, który wijąc się, sunie pewnie w powietrzu. Tak pachnie elegancko zapakowana tajemnica.
Korytarz przechodzi w duży hol. Lśniąca posadzka w podłogę stylizowaną na drobną kostkę brukową. Druga kobieta uderza wprost. Nie poprzez rozwarstwiający się stopniowo dym, a przez nagły, mocny impuls. Trochę zbyt mocny, by być przyjemnym. Intensywność, która prostotę zmienia w toporność, przywołuje na myśl kanciastą bryłę geometryczną. A powinien przecież kojarzyć się z latem, słońcem i radością.
Niespodziewanie w korytarz ostrego zapachu wchodzi trzecia kobieta. Zaskakuje tym bardziej, że znów przywołuje znaną mieszankę. Można ją nazwać, ale nie sposób opisać. Dziwna. Oryginalna. Rozbudzająca dziecięcą ciekawość. Połączenie intrygi i iskry szaleństwa. Zapach, którego nie można zobaczyć ani dotknąć. Bezkształtny, przezroczysty dla wszystkich zmysłów poza węchem. Niespotykane. Zapach, który jest po prostu zapachem. Szaleństwo.
Kolejne szklane drzwi rozsuwają się. Trzy mijane kobiety zostają w tyle. Próba przywołania ich wyglądu kończy się fiaskiem. Są takie dni, kiedy twarze, ciała, ubrania, mimika, gesty, sposób chodzenia… wszystko staje się ulotne. Pozostaje tylko zapach. Są takie dni, w których każdy napotkany zapach udaje się nazwać. Pierwsza kobieta miała na imię Hypnose. Druga - Sunflowers. Trzecia - Luluforever.

*konotacje z Altmanem czysto przypadkowe

0 komentarze:

Prześlij komentarz