paracelsus i wrony
Zasuszone ćmy wspomnień obracają się w pył i znikają zabrane przez pierwszy powiew zasianego przed laty wiatru. Znalazłam się na pustkowiu, na którym mogą wykiełkować tylko szalone wichury i pojedyncze przeklęte rośliny. Tutaj rzadko pojawia się człowiek. Pewnie dlatego wrona łypie na mnie na wpół złowrogim, na wpół zaciekawionym okiem. Śledzi każdy ruch z najwyższych gałęzi swojego wiecznie zielonego drzewa. Gdzie miałoby rosnąć, jeśli nie tu? Na niczyjej ziemi niepewności, gdzie nawet odległy horyzont faluje niezdecydowaniem. Im dłużej tu jestem, tym mocniej wyczuwam gorzki smak upłynnionych granic. Tym silniej umysł przekonuje mnie o słodkim posmaku każdej goryczy.
Ptak zaczyna się niecierpliwić i machać wściekle skrzydłami. Trzepot zdaje się poruszać gałęziami, z których spada deszcz nasion.
A więc to już. Ostrość spojrzenia.
Ponad granicę wahania wyrasta drewniana rudera. Wiem, co w niej znajdę. Zaraz za progiem stare, zniszczone słowa. W piwnicy spleśniałe, zmęczone marzenia. Na końcu strych zaplątany w pajęczyny strachu.
To nie dom, a przedsionek. Maleńka próbka atmosfery kolejnego dnia.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz