królowe śniegu wyrastają na dziewczynki z zapałkami


Niektórzy ludzie idą szeroką drogą. Inni kluczą leśną ścieżką. Jeszcze inni pędzą autostradą.
A ja brnę w kolejną ślepą uliczkę. Pewnie dlatego tak lubię uciekać w przestrzeń gór, rozciągłość morza i otwartość pól, gdzie zostaję sam na sam ze złudzeniem nieograniczenia. Tym chętniej w zewnętrzną przestrzeń, im wewnętrznie bliżej kolejnego muru nie do przebycia.

Kiedy nie da się już zrobić kroku naprzód, z konieczności zaczynam poznawać każdą cegłę, dziurę w ścianie, wybrzuszenia bruku, konsystencję błota w zależności od pogody. Wynajduję i badam detale, analizuję zagłębienia i niedoskonałości powierzchni.
Inni w tym czasie pokonują na swoich drogach setki-tysiące kilometrów, a ja siadam na murku przy śmietniku  wpatrzona w zasnuty firanką horyzont pobliskiego okna. Niebo chmurzy się, próbując ukrócić wybujałe aspiracje wzroku. Pozostają wyłącznie wykwity własnego umysłu, który błyskawicznie adaptuje się i zagnieżdża w zaułkach. Gdzieniegdzie, ku mojemu zaskoczeniu i radości, pojawiają się jeszcze pojedyncze porosty. Znak, że jeszcze nie wszystkie tkanki duszy toczy choroba.
Obserwuję spektakl wyświetlany na obłupanych kamieniach i czekam.
Czekam na spotkanie. Bo spotkać się można tylko w ślepych uliczkach.
Przecież nikt nie lubi wracać po własnych śladach. Trudno od razu przyznać się do błędu, tym bardziej że dotarliśmy tu oboje. Dlatego trwamy. Z trzech stron otoczeni murem. Za plecami wzrasta ściana wstydu, po której przecież i tak będzie trzeba się wspiąć, ale jeszcze nie teraz. Odsuwamy tę chwilę w na wpół dobrowolnym uwięzieniu. Aż nas zmierzi złowolna połowa.
Zanim to nastąpi, próbujemy się poznać. Szperamy w  pęknięciach codzienności. Odkrywamy zakamarki intymności.  
Po każdym spotkaniu zapalasz papierosa i wylewasz benzynę z zapalniczki. Dym splata się ze smugami myśli, podczas gdy barwna plama koloruje bruk. Z każdą kolejną kroplą czasu śmielej i intensywniej.
Nie wnikam, skąd masz te wszystkie zapalniczki. Obserwuję tylko dłonie, kiedy jarzy się w nich płomień i czasami zastanawiam się czy tym razem spadnie iskra.

Nigdy nie spada.

Mnie wystarcza jedna zapałka. W końcu robi się tak zimno, że musi pojawić się nowy ogień.
(Choć w duchu liczę, że tym razem przeklęty kawałek drewna złamie się w rękach.)
(Płonna nadzieja.)
Jeden rozbłysk i kolorowy dywan płonie.
Nieubłaganie.

Zostają tylko odblaski, cienie, płomienie.

0 komentarze:

Prześlij komentarz