a storm of light


Kruk Wełwimtiłyn połknął słońce. Leży, a wokół szaleje zawieja; nie cichnie, bo nie ma słońca.

Delikatnie. Kremowobiałe światło skrapla się między opuszkami palców. Dawna ja, w postaci wspomnienia o odległej dziewczynie, z którą łączy mnie już jedynie przeszłość i wspólnota doświadczeń, zebrałaby krople do szklanej fiolki i szczelnie zamknęła. Zrobiła z niej błyszczącą biżuterię, nosiła jako amulet i przy nadarzającej się okazji, pod mikroskopem sprawdziła, co kryje się w środku.
Ja-teraz już tylko pozwala spływać strużkom światła po skórze i powoli rozciera między palcami drobinki ciepła. Wie, że tajemnica nie tkwi w materii, a szczęścia nie wiesza się na szyi w zagłębieniu między obojczykami.

Storm..
in the morning light..

U zarania dziejów, na drzewie, które w tamtej chwili stało się metaforą wszystkiego, powieszono szczęście. Duszone, zaczęło broczyć światłem i nasączyło ziemię życiem - tętniącą substancją, która wiecznie dąży, ale nigdy nie osiąga spełnienia, bo tylko tak może się rozwijać. Czasami może doświadczyć spełniania. Rozpływa się w czystym, nieprzewidującym szczęściu poprzez dotknięcie wspomnienia o świetlistej chwili tuż przed zaciśnięciem pętli, by prawie natychmiast poczuć gwałtowny skurcz. Jakby pień i korzenie drzewa z przeszłości nagle stężały w ogromnym wysiłku, aż do zarysowania sieci naczyń pod powierzchnią gruzłowatej kory.
To moment zatrzymania i jak gdyby nigdy nic wszystko wraca do stanu nieskończonej niedoskonałości.

Frozen to myself.

Kiedyś odważę się i dotknę skroplonego światła językiem, zliżę je z opuszków palców. Wokół mnie zapanuje ciemność, bo całe światło świata wypełni mnie od środka.

A na razie słońce wyskoczyło mu z gardła. Na ziemi zrobiło się jasno, zamieć ucichła.
Bo bajki czasami kończą się źle.

0 komentarze:

Prześlij komentarz