Dziś we śnie przejechał mnie samolot.
W gąszczu fabularnych wątków niespodziewanie zwykła autostrada zmieniła się w pas startowy i zaczęły obok mnie kołować samoloty. Najpierw minęło mnie urocze, starusieńkie brzydactwo A-37 Dragonfly, zostawiając na asfalcie ślady łuszczącego się lakieru. W chwili, w której je zauważyłam, nastąpiła zaskakująca zmiana otoczenia, ale nie było czasu na zastanowienie, bo tuż za Ważką pojawiła się Bryza. Tak się zapatrzyłam na ten kuriozalny przejazd, że przeoczyłam sunącego z oddali giganta. Kiedy się zorientowałam, już nawet nie próbowałam się ratować, bo w moim śnie An-225 Mrija był ze trzy razy większy niż w rzeczywistości. Pamiętam tylko narastający szum, cień i szarość.
Damn. Na świecie wyprodukowano tyle samolotów, a mnie rozjechał transportowiec!
Znów codziennie zapamiętuję sny, co oznacza, że zaczynam się budzić i gwałtownie wychodzić ze stanu rozmycia. Wyostrzam się z dnia na dzień, z godziny na godzinę, z sekundy na sekundę. Coraz wyraźniej odcinam się w rzeczywistości.
Żeby żyć, potrzebuję konturu o krawędzi brzytwy i umysłu ostrego jak kapsaicyna, a tego etapu jeszcze nie osiągnęłam.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz