Prigogine


Noszę w sobie arytmicznie pulsujący zarodek eksplozji. Jego połamany rytm niepokoi i sprawia, że gubię się w sobie.
~(jest północ, na skraju półtrwania majaczą półcienie)~
Budzę się z przekonaniem, że pewnego dnia w końcu zamorduję samą siebie i
sam akt nie będzie miał wiele wspólnego z samobójstwem.
~(poranek szumem szarości wdziera się do głowy)~
Gniew i nienawiść powodują jedynie dyssypację energii. Patrzę, jak
niewyobrażalne pokłady sił witalnych bezpowrotnie giną w tyglu
kotłujących się emocji.
~(w południe na skórze zaczyna osiadać lodowaty pył słonecznego światła)~
Pierwsze symptomy zmęczenia uświadamiają mi, że znalazłam się w punkcie
bifurkacji. Drobnostka sprawi, że zgasnę lub wybuchnę. Samo rozróżnienie
nie ma najmniejszego znaczenia, skoro efektem i tak będzie klęska.
~(zmierzch przyjemnie chłodzi myśli)~
Po murach i ścianach mijanych budynków spływają strugi spokoju. Moje ciało pokryte wulkaniczną skałą powoli stygnie.
~(czekam na pierwszą pełną noc)~
Prawie perfekcyjym dopasowaniem ciała do łagodnych linii cienia staram się równoważyć ostrość odprysków tkwiących w umyśle.
Czuję się bardzo dobrze, mówię zgodnie z poczuciem i przeczuciem, jednocześnie ostrożnie usuwając odłamek wbity pomiędzy dwie dobre myśli.

0 komentarze:

Prześlij komentarz