lia


Powietrze gęstnienie w lejącą masę, za niedościgniony wzór przyjmuąc skondensowane mleko, ale zamiast mglić się i wstężyście wić, zacieśnia przezroczyste kręgi i krępuje ciało. Na peryferiach świata jest za to tak rozrzedzone, że prawie nie ma czym oddychać, co nie dziwi, ponieważ w przyrodzie coś nie bierze się z niczego. Z niczego powstaje co najwyżej nic, chyba że jest się bogiem lub udaje, że się jest. A ja chwilowo sobie nie uzurpuję. Zgubiłam pierwiastek boskości, jak te wszystkie drobiazgi, które rozrzucam wokół siebie, by prędzej czy później wypadły poza słabe pole grawitacyjne mojej własności. Jeszcze nie wiem czy rozsiewanie przedmiotów ma więcej wspólnego z posesywnością i chęcią zajęcia przestrzeni czy z chorobliwym brakiem przywiązania.

Bestia niespokojna jak przed burzą. Przechodzi, przeplatając swoje łapy z moimi rękami, lawiruje wokół klawiatury, łasi, jakby przypadkowo trącając, bo przecież nie zniżyłaby się do okazywania jakiegokolwiek przywiązania wprost. Ja też nie głaszczę, nie drapię, dopuszczając pozorną mimowolność.

Mam ochotę poczuć smak, ale moje ciało usztywnia się na samą myśl o wchłonięciu jakiegokolwiek pokarmu, więc przeszukuję szafki kuchenne w poszukiwaniu zawieruszonych przypraw, żeby przygotować czwartą kawę o smaku innym niż kawa. Kończy się na wanilii, bo przecież zrobiłam porządki świąteczne, więc na kilka chwil koniec z zawieruszeniami. Wanilia rozmarze mnie już zupełnie, czego nie należy mylić z rozmarzeniem. Obłoki są obłe jak niektóre robaki, a przy bliskim kontakcie śmierdzą i oblepiają wilgocią, więc trzymam się od nich z daleka.
Z daleka z daleka z daleka.
A od czego ja się nie trzymam z daleka?

0 komentarze:

Prześlij komentarz