gniew


Gniew mam zapisany w komórkach ciała literami z prawoskrętnym zakrętasem. Kiedy byłam jeszcze małą zygotką, furia już we mnie drzemała. W życiu zarodkowym i płodowym chrapała cichuteńko pod płaszczykiem napiętych błon. Nie rozbudziła się nawet po gwałtownym rzuceniu na pastwę suchego i zimnego świata. Trudno bowiem uznać, że już wtedy krzyczałam, żeby wyrazić swoje wzburzenie czy niezadowolenie. Wewnętrzne wkurwienie, którym zostało skażone moje DNA, spałoby pewnie po dziś dzień, gdyby rzeczywistość nie przypominała nieprzyjemnego basenu wypełnionego płynną wściekłością. Zbyt wcześnie trzeba było się w niej zanurzyć i nauczyć oddychać.
Aspiracja..
..respiracja!
Po pierwszym zachłyśnięciu odkryłam swój żywioł. Okazało się, że płuca mogą wiecznie płonąć, a gorący oddech jest potęgą. W atmosferze rozżarzonej pasji gniew przyjmuje postać czystego strumienia energii. Wystarczy przepuścić go przez ciało, a komórki natychmiast poddają się wibracji, której częstotliwość zapisano w nich u zarania istnienia.
Z jednej strony uzyskałam dostęp do niewyczerpanego źródła wewnętrznej mocy... z drugiej pojawił się palący problem braku kontroli.
Nad gorącym gniewem trudno zapanować, więc nauczyłam się go oziębiać. Zaczęłam zamrażać płomienie i zamykać w grubo ciosanych kostkach lodu.  Przechłodzony ogień przepoczwarzał się -  z lekkiej, eterycznej, ekspansywnej substancji stawał się gęsty i ciężki. Dzięki temu widmo gwałtownego rozproszenia energii w niekontrolowanym wybuchu zupełnie się oddaliło. Maksymalnie skondensowana, lodowata wściekłość utworzyła wyjątkowo twardą, bazową składową mojej osobowości.  Schowana głęboko we mnie jest zawsze obecna. Zawsze gotowa, by ją przywołać…

0 komentarze:

Prześlij komentarz