#
Nagle i gwałownie zaczyna narastać we mnie krzyk. Rodzi się w głębinach lodowej powłoki i pełznie wytrwale pod górę, jakby znalazł się w stanie nadciekłym. Powoli nadżera ściany chłodnej skorupy. Mogę jedynie obserwować powstawanie kolejnych rys. Coraz głębsze pęknięcia suną i rozgałęziają się, a ja wiem, że za chwilę wrzask rozsadzi wszystko - lód rozpryśnie się, zalewając wnętrze drobną mgiełką iskrzących drobinek, eksploduje klatka piersiowa, a niepohamowana energia będzie rozprzestrzeniać się dalej. Przedostanie się do czaszki, wydrze z ust. Na końcu fala uderzeniowa rozsadzi umysł i całą przestrzeń zaleje białe światło.
Nie, biel nie przynosi ulgi. Jest krzykiem ostatecznym. Ciągłym, nieprzerwanym, niemożliwym do powstrzymania. Trwa dopóty, dopóki ciało nie odmówi posłuszeństwa i nie padnie ze zmęczenia.
Wiele godzin później umysł otrząsa się z oślepienia, iskierka świadomości, przepływając przez tkanki, pobudza je, ożywają zmysły... i zdajesz sobie sprawę, że pod palcami czujesz nieforemne, ostre kamienie. Dostrzegasz, że leżysz na gruzowisku, a wokół unosi się rzednący z każdą chwilą pył. Szare, obce niebo wiszące nad głową chrapliwie dyszy odległymi gromami.
Nie ma nic więcej.
Pieczołowicie budowany, skrupulatnie chroniony, pielęgnowany z czułością porządek świata runął. Nieodwołalnie. Nieubłaganie. Nie masz prawa nie tylko do apelacji, ale nawet do słowa skargi.
Bo wiesz, rozumiesz, znasz przyczyny i konsekwencje.
Inaczej być nie mogło.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz