dzisiaj jestem popękana



Każda kolejna kawa smakuje gorzej od poprzedniej. Zmiany marek, rodzajów, sposobu parzenia czy kawiarni nie mają na to najmniejszego wpływu.

Sakramentalne pytanie brzmi: dlaczego?

Powiem ci dlaczego.

Nieusuwalny posmak błota w ustach jest nutą charakterystyczną dla upadku.



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ostatnio..

..Generalnie jestem mocno. Generalnie jestem mocna. Idę brzegiem urwiska. Po lewej krwawo-ruda kamienna pustynia, po prawej rozkosznie nieograniczona przestrzeń przepaści. Niewidzialny ślad czarnych szpilek tworzy linię biegnącą tuż obok krawędzi skał. Idę szybko, jak zawsze. Z premedytacją roztrącam drobne kamienie. Patrzę prosto przed siebie. Nie boję się upadku. Nie mogę się przecież zachwiać, bo nie ma we mnie nawet odrobiny wahania. Jestem w doskonałej równowadze ze sobą.  Nareszcie w pełni ukonstytuowana, choć ostatecznie nieukształtowana. Czuję jak przepływa przeze mnie strumień czystej siły, który niczym wstęga oplata umysł i ciało, nierozerwalnie wiążąc je ze sobą. Kiedy jestem tak mocno w sobie, pojawia się poczucie maksymalnego uniezależnienia od świata zewnętrznego. Ja i rzeczywistość harmonijnie współistniejemy i żadne wydarzania nie mogą mnie wybić z właściwego rytmu. Stąd bierze się niezachwiany i mocny krok.

Aż nagle.. orientuję się, że spadam.

Spadam!

Nie, nie potknęłam się. Nie pomyliłam. Nie zgubiłam taktu. Fragment kamiennej półki po prostu zniknął.

Utrata gruntu pod stopami dezorientuje tylko za pierwszym razem. Każda następna wciąż zaskakuje, ale wydaje się już czymś znajomym i oswojonym. Po niespełna sekundzie odnajduję się w sytuacji. Nie czuję zawrotnej prędkości… tylko powiew nieuchronności na policzkach.

***
Nie ma bólu. Jedynie zwielokrotniona, spotęgowana twardość uderzenia.

***
Pył zatyka usta i nozdrza. Dławi, dusi, drażni oczy i błony śluzowe.

Nie ma śliny. Nie ma łez. Nie ma potu.

Jest …sucho.

***
Pierwsze krople czuję na karku. Czyste i chłodne, jak pojedyncze nuty  zagrane na pianinie. Zapowiadają przebudzenie bestii. Wzmaga się wiatr, deszcz zacina coraz intensywniej, zaczyna nawet wirować. Silna ulewa spłukuje dno wąwozu. Woda zmienia przesuszony, gryzący miał w błotnistą maź, w której miękko zatapia się moje ciało.

Dociera do mnie, że jestem niewyobrażalnie popękana:

Głęboki rów ciągnący się od lewego obojczyka przez rozłupany mostek aż do końca przepony. Rozległe rozpadliny na biodrach, podłużne, wąskie wgłębienia w ramionach. Zmiażdżone nadgarstki, drobniutkie pęknięcia w miejscach linii papilarnych. Spękane usta, rozwarstwione rysy twarzy…

Cuchnąca breja powoli wypełnia i zalepia szczeliny.

Kiedy wyjdzie słońce, dojdę do siebie.

***
Zostało tylko jedno pytanie: dlaczego właśnie teraz spadłam w przepaść?

Kątem oka dostrzegam odpowiedź… Opiera się o ścianę wąwozu. Ruda sabotażystka wesoło podrzuca kamyk i porozumiewawczo mruga. Odwraca się i zaczyna wspinać.
To ona usunęła ustęp skalny z dopracowanej konstrukcji umysłu.

Po prostu..

..raz na jakiś czas trzeba spaść i odbić się od dna.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przeskoki między skrajnościami muszą być gwałtowne. Odrobina płynności, zachowanie ciągłości pozwoliłyby zamortyzować nagłe wstrząsy. Ale nie. Trzeba koniecznie już, teraz, natychmiast. Wolta. Zwrot. Przełom.

Czy naprawdę tylko w taki sposób potrafię mocno poczuć i przeżyć zmianę?

0 komentarze:

Prześlij komentarz