256 ton
Lustruję ulicę.
Przemoknięte gołębie stroszą wszystkie odcienie szarości. Witryny sklepowe pomalowane w tym sezonie kolorami pozbawionymi pigmentu łypią szklanym wzrokiem na przechodniów. Stalowe niebo sunie nad rzekami asfaltu jak zawsze wiernemu swojej nijakości.
Pojedynczy ludzie nagle zapalają się i ostrzeliwują niebiosa jarzącymi się wściekłą czerwienią flarami. Bogowie otwierają parasolki, odwracają wzrok od poszarpanych, zakrwawionych chmur i spokojnym krokiem zmierzają do niezdobytych twierdz wieczności. Końca świata dzisiaj nie będzie.
O świcie ktoś podpierdolił żywe barwy rzeczywistości. Mam nadzieję, że dobrze wykorzysta pełną paletę i stworzy maleńki, przesycony świat nieumiarkowania.*
Tymczasem przyszlo nam przeżyć w 256 tonach szarości. Ciężko i niespokojnie. To dlatego wyobraźnia zaczęła wysadzać w powietrze przypadkowe osoby. Dlatego na każdej dotkniętej powierzchni wiły się spływające z paznokci amarantowe wstęgi. Trzeba się bronić przed amatorami wysysania kolorów.
*który natychmiast ulegnie autodestrukcji.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz