pejzaż jesienny


Niekończąca się kolejka ludzkich istnień wije się jak rzeka w górskim krajobrazie. Nie dostrzegam sylwetek większości postaci, ponieważ ściskane przez perspektywę, zmieniają się w rozmyte plamki. Ci stojący najbliżej nie mają twarzy, kontury ich ciał skrywają bezkształtne ubrania. Wyraźnie widzę jedynie dłonie. W palcach o zbielałych kostkach ściskają kurczowo potłuczone życia.
Każda kropla ludzkiego potoku wygląda tak, jakby czekała na następne (do zużycia lub zmarnowania).
Próbuję wyostrzyć rysy twarzy poszczególnych osób. Chciałabym sprawdzić czy w oczach mają pustkę i rezygnację, czy może nadzieję, że z istnieniem jest jak z butelkami zwrotnymi: wszystkie nieszczęścia i życzliwości można wymienić na kilka kropel soku z drzewa życia.

Dopiero na zażółconych ulicach, w szpalerach złotych drzew dostrzegam grozę zalewającą obficie fioletem obraz myśli. W tylu rękach potłuczone szkło. Na wielu odłamkach błyszczą drobinki krwi, potu i może łez.
A gdybym przestała być obserwatorem?
Nawet jeśli jakimś cudem trzymałabym maleńki flakonik - wyszczerbiony, porysowany, z drobnymi pęknięciami, ale przecież jeszcze całkiem szczelny - to i tak z wrażenia upuściłabym go i potłukła.
(A najchętniej postawiłabym buteleczkę na najbliższej skale i wyszła z kolejki. Wyobraźnia podpowiada mi, co kryje się tuż za brzeżkiem ramy. Tam, tuż za granicą obrazu chcę być.)

~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Jutro, od samego rana, maluję wyłącznie żółtym i zielonym, a jeśli zajdzie potrzeba odrobiną jasnego błękitu.
A dziś? Wieczorem koloruję świat poza konturami rzeczywistości.

0 komentarze:

Prześlij komentarz