mgiełka


Brakuje mi nieba. Ostatni raz czułam je przezchmurnie, gdy po raz pierwszy zawiał lodowaty wiatr. Lekko pofałdowane szyby odbijały promienie zachodzącego słońca, a ponad taflami szkła sunęły ciężkie masy ciemnego błękitu nabrzmiałe śniegiem. Uchwyciłam piękno zawieszenia na krawędzi.. Zasnęłam, mocno czując świat.
Obudziłam się już w innej rzeczywistości. Czasami się tak zdarza. Chwila nieuwagi i natychmiast chaos o nieobliczalnych oczach szaleńca zaczyna tasować wymiary uniwersum.
To, w czym nas zanurzono, nie jest zimą. To tylko zimne dłonie oraz płaty śniegu ciążące zielonym drzewom i szarym ludziom. Brakuje zmrożonego oddechu i sterylnej czystości chłodu. Pojawiła się za to lepka kopuła chmur, która wilogcią przygniata ramiona codzienności.
Napęczniałe myśli spływają na dno czaszki i tworzą małe bajorka.
Mam ochotę pozamieniać je w kałuże i biec boso rozpryskując krople na wszystkie strony. Światło załamujące się w drobinkach wody nie wydobyłoby z nich głębi, ledwie kilka promieni radości.
Skąd wezmę ostre światło?
Od rana rozgrzebuję palcami chmury, tworząc tunel do nieba. Słońce zdąży się przebić do mojego świata.

0 komentarze:

Prześlij komentarz