fade to
Towarzyszący mi rano obraz ilustrujący niebiesko-falujący chłód odcięcia blaknie i rozwiewa się w ciągu dnia. Popołudniami i wieczorami zastępuje go bezksztaltna masa czarnego mchu czy też gęsto upakowanej, siateczkowatej czarnej pleśni. Gdy tylko zamknę oczy, zapadam się. Ciało kurczy się, zwija w kołyskę, ramiona obejmują kolana, wyrostki kolczyste kreślą pod skórą łuk. Ciemna miękkość wolno obejmuje mnie począwszy od zaokrąglonych pleców, pomalutku się zatapiam. Jestem mniej skłonna uwierzyć, że to monstrualna grzybnia, ponieważ wcale się nie brzydzę. Jest mi po prostu obojętnie, może nawet trochę wygodnie, dlatego że nie muszę podejmować żadnego działania.
(Sny mam postrzępione, jakby poszarpane przez ostre zęby i pazury. Kątem oka przed przebudzeniem wychwytuję wspomnienie mlaszczącej ciemności. Z trudem rozwieram sklejone powieki, żeby przez miniaturową szczelikę wpuścić odrobinę światła. Na krawędzi pola widzenia czarny język przesuwa się po mięsistych, ciemnobordowych wargach. Wstaję, bo to czy leżę, czy stoję, nie ma znaczenia. Przecież i tak się nie budzę.)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz