słowo o niczym, czyli przeżucie pustki
Poranki wyrastają z pochmurnych horyzontów i muzyki ciążącej smutkiem na dnie czaszki. Dźwięki rozciągają się i nisko wibrują, trącają delikatnie, prosząc o uwagę. Docierają do świadomości bardziej przez skórę niż uszy. Słowa wyławiane z brzmień otulają neurony dodatkową warstewką, pogrubiają mielinowe osłony, przygotowując na przyspieszone przetwarzanie dnia. Treści rozciągają impulsy na łuku skojarzeń wspartym na filarach wspomnień i marzeń.
Ja gdzieś pośrodku iskrzącej tęczy zbieram wszystkie odnogi czasu w pęczek i mocno ściskam w dłoni. Patrzę i wybieram drogę na dziś. Spojrzeniem, które zachowało ciepło letnich dni, oświetlam łagodnie wijącą się ścieżkę. Będzie pogodna. Już teraz zaczynam wykorzystywać nagromadzone zapasy słonecznego światła, a przecież ledwie stoję u progu jesieni. Mimo to warto. Dla miękkości myśli i spokojnej pewności bycia. Skąd wiem, jak rozwinie się dzień? Czuję delikatne dotknięcie determinizmu. Uśmiech niektórych przebudzeń silnie rzutuje na najbliższą przyszłość. Wybuchy, wstrząśnięcia mogą zaburzyć ażurkowy zarys, ale dziś są mało prawdopodobne.
Niedziela, zgodnie ze swą naturą, jest gęsta i duszna, ale wyjątkowo mi to nie przeszkadza. Lubię dostrojenia. Prawie tak bardzo jak dysonanse.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz