inwentaryzacja, czyli początek strofowania Kata Strofa


Mam mnóstwo słów domagających się uwolnienia. Trzymam je w drewnianej skrzynce zamykanej na wszystkie spusty wspomnień. Mam też niezliczoną ilość skłębionych i wściekle iskrzących myśli żądających wyzwolenia. Z furią uderzają w ściany szklanej kuli, która tymczasowo służy za składzik.
Nic prostszego - mówią ludzie z literkami klawiatury odciśniętymi na opuszkach palców - trzeba treści ubrać w słowa. Otworzyć pudełko, strzaskać kulę, zgarnąć myśli ze ścianek i wrzucić do skrzynki. Zamknąć pokrywę, wstrząsnąć i gotowe.
Przepis prosty. Może autorom dobrych rad trafiają się bardziej ułożone słowa lub mniej niesforne myśli, ale u mnie ta metoda nie działa. Niestety sprawdziłam.
Jako że skrzynia wraz z wiekiem rozrasta się z wiekiem, usiłując pomieścić rosnącą liczbę lokatorów, uniesienie pokrywy kosztowało mnie niemało wysiłku. Początkowe trudności powinny być przestrogą, ale jak to w bajkach i japońskich horrorach bywa, bohater głupio włazi w paszczę niebezpieczeństwa i nawet ślizganie się na obślinionych kłach nie daje mu do myślenia. Dałam popis podobnej niefrasobliwości, która pozwala rozwijać się fabule. Okazało się, że właśnie wypróbowuję przepis na katastrofę. Kiedy słowa poczuły powiew wolności, rzuciły się z wrzaskiem do ucieczki. Pospadały na podłogę, potłukły się niemiłosiernie i do teraz, gdy chodzę boso, czuję, jak odłamki wbijają mi się w stopy, a niepełne formy cichym popiskiwaniem wyrażają dezaprobatę. Przy okazji uraziłam swoje ego - przecież m o j e słowa powinny być bardziej lotne, a okazały się ciężkie i kruche. Fakt, że były trochę niedojrzałe, nie jest żadnym usprawiedliwieniem. Na szczęście słowa szybko się regenerują, ego dochodzi do siebie jeszcze prędzej (wystarczy parzyć regularnie wywar z miłości własnej).
Gorzej było z myślami. Nauczona doświadczeniem podeszłam do problemu ostrożniej. Pogłaskałam myśli dłonią przez szybkę, żeby się nieco uspokoiły i przestały obijać* jak szalone. Zleciały się do ręki, jak wstążki wyładowań w kuli plazmowej i jęły warczeć**, ale z jakąś taką nutką czułości. Przy odrobinie dobrej woli można było pomyśleć, że to nieudolna próba mruczenia. Wzruszona poszłam po wiertarkę i przyłożyłam najcieńsze wiertełko do szklanej ściany. Myśli zamarły. Dziwne uczucie, gdy nic się nie kłębi, nie wali, nie wije, nie syczy, nie gryzie, nie wrzeszczy. Cisza bezmyśli. W tej ciszy właśnie popełniłam największy błąd - włączyłam wiertarkę. Kulę rozsadziło w jednej chwili, myśli wystrzeliły jak strugi szampana - z pianą wściekłości opryskującą wszystko, poza i tak już pustym pudełkiem na słowa. Wstążki poprzyklejały się do ścian, podłóg, sufitów i wiszą do teraz, jak sflaczałe serpentyny. Nijak nie da się ich usunąć.
Po eksperymencie został jeden wielki burdel. A jak powszechnie wiadomo przybytki rozkoszy są już literacko zużyte. Pojawił się jeszcze jeden skutek uboczny - nieznośne ciążenie głowy, więc położyłam się i dla relaksu zaczęłam wpatrywać w kolorowy (niegdyś) sufit wyobraźni. Patrząc na hipnotyzujące falowanie glutów pozostałych po moich pięknych myślach, wpadłam na genialny pomysł. Potrzebny mi patron i muz w jednej osobie. Ktoś, kogo będę raczyła miłą apostrofą, kogo będę mogła swobodnie wyklinać. Prywatny ojciec chrzestny mojego dzieła tworzenia, który zaprószy oko iskrą ze światłowodu, gdy patos zacznie się rozrastać w sposób niekontrolowany, jak to miało miejsce przed chwilą.
Tak powołałam do życia Kata Strofa.
Chadzał przez chwilę nagi korytarzami imaginacji, ale miejsce bywa okresowo dość zimne, więc szybko odział się w cienki płaszczyk szyty z migoczących, srebrnych ekranów. Co za pocieszny widok! Kat Strof w barwnych obrazkach powiewających na wietrze inspiracji.
Wszystko pięknie, dopóki nie dopadnie nas przedłużająca się flauta. Oklapły patron-bóg od twórczych niemocy włóczy się wtedy po rozległych zabudowaniach. Budzę się rano i widzę wszystkie ściany pokryte jego bohomazami i niecenzuralnymi wyliczankami. Sfrustrowany Kat Strof, kiedy nie patrzę, obsikuje mi wszystkie bramy. Upija się sczytanymi przeze mnie historiami, z tęsknoty zżera tapetę w pokoju gościnnym, do którego zapraszam wyjątkowych gości w czasie wieczornych rozmów.
Pożytku z niego nie ma żadnego, ale przecież go nie wyrzucę.
Będę miała nauczkę. Wiem przecież, że na początku zawsze jest słowo, które przy odrobinie nieszczęścia może się ucieleśnić. Czego mogłam oczekiwać po muzie wyłaniającym się z katastrofy?

*jeśli ktoś lubi, może ubezdźwięcznić "b"
**już nie jak wstążki wyładowań w kuli plazmowej

0 komentarze:

Prześlij komentarz