skamle, warcząc

Ten rok trwa już miesiące, lata, wieki. Jest piekielnie ciężki, lejący jak płynny ołów. Zalewa, zastyga, przygniata coraz bardziej. Do gruntu, do spękanego asfaltu, po którym trę policzkiem i ale już nie różnicuję bólu. Zbyt mocno czuję każdy bodziec.
Skuwając ostatnią warstewkę lodu z powierzchni ciała, zapomniałam, że ona przecież nie powlekała skóry. Ona była skórą, a raczej jej zimną, nieożywioną protezą. Niby gładką, niby bezpieczną, czasami nawet piękną, ale na stałe dystansującą od otoczenia. Dopiero pod nią tętniła żywa tkanka czucia, która w końcu została uwywnętrzniona.

Jakkolwiek nie żałuję, to koszt mnie przytłacza. Podręczniki do biologii mówią jasno - nie można żyć bez skóry.

Jestem osłabiona, a ciało odbija kondycję psychiki.
W klatce piersiowej czuję zalegający, granitowy kamień. Brak mi lekkości, lotności, łatwości pobierania dwuatomowych cząsteczek tlenu z mieszaniny zasmożonego (oboczność smogu pozwoliłaby mi bezkarnie napisać zasmóżonego) powietrza. Nie chce mi się wydychać słów.
Do ludzi.

0 komentarze:

Prześlij komentarz