rimboidalność wpisana w romb


Apogeum niewyrażalności miało  miejsce jakieś 3-4 lata temu. W jego trakcie i tuż po zaczęłam rozpaczliwie pisać. I tu i tam, i wszędzie, i widziałam, że było to dobre. Niemiłosiernie poobijałam się o twarde ścianki słów. Bynajmniej nie twierdzę, ze słowa są zamknięte w sztywnych osłonkach, co to to nie. Kontury mają wszak nieostre, rozpływają się i wylewają, poddają bezlitosnemu rozmywaniu przez ludzi. Tyle że mają bariery potencjału i ja właśnie przez te bariery nie mogłam przeniknąć. Tunelowanie opisane jakimś tam prawdopodobieństwem oznaczałoby przedostanie się do rzeczywistości i opuszczenie świata pojęć.
Przez te kilka lat byłam utknięta. Tak właśnie, nie inaczej. Ja nie utknęłam, tylko w wyniku kumulacji zewnętrznych, kompletnie niezależnych ode mnie okoliczności oscylowałam między wewnętrznym światem geometrycznych określeń i światem realnym, czując nieustannie obrzydzenie do pierwszego i nieosiągalność drugiego. Latami można myśleć i mówić tylko o obijaniu się, ciasnocie, ograniczeniu i marności nad marnościami, bo działania nie przynoszą efektu.
"Działanie jest formą marnowania energii". Wirtualnych* geniuszy od ludzi przeciętnych odróżnia moment odkrycia odcięty na rzeczywistej i osobistej linii czasu. Artur genialny bywał, więc zamknął gębę przed dwudziestką  i teraz ma nawet odnazwiskowy przymiotnik, który ładnie brzmi. Przyznaję się, że ja zrozumiałam dopiero niespełna rok temu, na dodatek uprzednio przeczytawszy u wielu, ale bez przyswojenia.
Czasami wydaje mi się, że jestem po prostu organicznie niezdolna do zrozumienia nowej teorii. Przyzwyczajam się do niej, posługuję się nią, a gdy zyskam pewną biegłość, zaczyna mi się wydawać naturalna, ale nadal nie rozumiem. Nie dotykam istoty. Z jednej strony to wynik prywatnego ograniczenia, z drugiej znamię czasu. Żyjemy w świecie permanentnego niezrozumienia, na dodatek w pełni usprawiedliwionego pod warunkiem, że zapewniony jest komfort użytkowania. Straszność nad strasznościami.
Wróćmy jednak do osi bełkotu, czyli pojęć i zażyłości jaka ma miejce między nimi i mną.
"Celebrujesz słowa. I ciszę też", rzekł mi on i całkiem mądrze prawił. Tyle tylko, że w pewnej chwili rytuał przybrał formę pustych gestów, ktore wielokrotnie powtarzane zaczęły stanowić jawną kpinę z samych siebie. Samowyszydzajce się słowa wylatywały z ust i natychmiast obracały przeciwko mnie całą sztuczność i nieadekwatność. Aż w pewnej pięknej chwili stwierdziłam, że nie jestem już więźniem słów, że nie ściskają już krtani, nie dławią, nie napawają obrzydzeniem i chociaż nadal bardzo lubię nimi hobbystycznie żonglować, to zyskałam swobodę wyrażania. A mówiąc precyzyjnie, swobodę niewyrażnia. Co częściowo można wyjaśnić tym, że obecnie ludzie obchodzą mnie w jeszcze mniejszym stopniu niż kiedyś. Nie chcę bynajmniej powiedzieć, że mam ich totalnie w dupie. Skądże znowu, interesują mnie, tyle że oni sami, na poziomie interakcji i poznania ze zmniejszonym udziałem ich opinii na mój temat. Składowa krzywozwierciadlana spotykanych osób straciła na znaczeniu i traktuję ją co najwyżej jako ciekawostkę.
Nie to chciałam dzisiaj powiedzieć.
'I hate all the things that can happen between the beginning of a sentence and the end'. Wprawdzie Cohen raczej średnio, ale czasami nie można się nie zgodzić.

_________________________
*wirtualnych jak cząstki w kwantowej teorii pola. nie mogę znaleźć lepszego słowa z uwspólnionego podwórka**

** [dygresja] W XX-wiecznej fizyce lubię to, że jest taka nierzeczywista. Spodobałaby się mistykom.

0 komentarze:

Prześlij komentarz