łamanie koł(em)a
Gdy tylko wczesnowiosenne słońce łaskawie rzuciło okiem na zmęczoną ziemię i od niechcenia splunęło kilkoma promyczkami, na ulice wyległy wyrzuty sumienia.
Przed południem, popołudniu, wczesnym wieczorem. Żeńskie, męskie, stare, młode...
... biegną.
A ja po raz kolejny bladym świtem zasłaniam się zatkanymi zatokami, gorączką, permanentym niewyspaniem i ogólnym zmęczeniem. W akcie desperacji łapię bakterie, które zabarwiają białka oczu piękną, soczystą czerwienią i tłumaczę, że przecież nie mogę, bo wiatr, słońce, chłód, brud, wprawdzie bez smrodu i ubóstwa, ale powodów i tak bez liku, za to czasu mało. Mniej jest tylko energii.
"Gdyby się ożywiła, krew zaczęłaby żywiej płynąć, a gdyby krew zaczęła żywiej płynąć, toby się ożywiła. Prawdziwy circulus vitiosus."
Odniesienie do siebie cytatu dotyczącego postaci budzącej moje największe obrzydzenie(być może dlatego, że miałam nieprzyjemność poznać realny odpowiednik) świadczy o poziomie desperacji.
Po cóż to ja, po cóż - zapytacie - zaprzątam głowę bogu ducha winnym ludziom z rozpędu czytającym te oto fascynujące wynurzenia? Otóż składam publiczne deklaracje, coby o 5 nad ranem mieć większą motywację do zwleczenia dupy z łóżka.
(Dopadła mnie jeszcze smutna refleksja, a kiedy dopadnie, nie ma ucieczki... Nie podoba mi się, że nie jestem w pełni samowystarczalna w motywowaniu się).
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz