Jest.. inaczej.


Wewnętrznej flauta trwa w najlepsze. Nic się nie dzieje... i okazuje się, że owo niedzianie się jest szalenie zajmującym procesem. Odkrywam, że do szczęścia nie potrzebuję pożogi i wybuchów, wichur, pożarów, gromów, okazjonalnego gradobicia czy trzęsienia ziemi. Perpetualne tornado tworzące chaotyczne wiry myśli, przeżywszy czas swej świetności, rozwiało się.  Teraz wystarcza mi pogrążenie się w mentalnym bezruchu. Nie ma on jednak nic wspólnego ze spokojem. Z niepokojem też nie. Jego źródło leży poza krainą otoczkowych kategorii.
W białym pokoju zostałam ja i czarna pantera (raczej jaugar niż lampart) - awatar moich demonów. Jak widać ,godzę się z ich przeciętnością. Zniknęła pogarda i otworzyło się pole ładnych widoków.
Siedzi przede mną uosobienie dzikości i drapieżności w niebezpiecznie pięknej formie, a ja niczego nie czuję. Ani strachu, ani zachwytu. Dopóki ten stan się utrzyma, zwierzę będzie ignorować moją obecność. Przyznaję, że tymczasowo zimna obojętność w naszych stosunkach mi odpowiada, dlatego wycofałam się głęboko w siebie. Mogę tak trwać wiekami.

0 komentarze:

Prześlij komentarz