Rozczłonkowany umysł spoczywa w niepokoju. Niedbale rozrzucone kawałki po wiwisekcji walają się wszędzie, więc swoim zasięgiem obejmuję naprawdę imponującą przestrzeń... tylko na ile to wciąż ja? Pytanie zasadne, ponieważ jak dotąd w obrąb ja mogłam wciągnąć dosłownie wszystko, akceptując jednocześnie dowolne sprzeczności. Nigdy nie odczuwałam potrzeby bycia spójną, ponieważ na którymś z poziomów meta (meta meta meta... ja, choroba spiętrzonych metafor) potrafiłam siebie scalić. A teraz... wciąż gubię nowe fragmenty i naprawdę nie mam ochoty po nie wracać. Obojętnieję, a to może zaburzać ciągłość historii umysłu.
Przy bardzo niekorzystnych splotach okoliczności w głębi umysłu blizny wspomnień otwierają się i z powstałych szczelin wypływa czarna maź. Umysł musi oddychać. Ideami, pomysłami, tajemnicami, niewiadomymi, światem, ludźmi, muzyką, słowem... Bardziej pierwotna część ma jeszcze skrzela, które natychmiast powleka oleista ropa ciemnych emocji. Duszę się od wewnątrz. Nie potrafię niczego wchłonąć z zewnątrz, za to obficie wydzielam z siebie lepką czerń, którą znaczę wszystko
dookoła. Zostawiam ślady swojej obecności jak ranna zwierzyna. Nie chce mi się zacierać tropów. Nie chce mi się sprzątać.
Maź jest łatwopalna. Jedna chwila i spalę wszystkie mosty.
Już dawno nie miałam ochoty na gest pozbawiony jakiegokolwiek znaczenia.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz