zwierzęcy magnetyzm i koleiny rzeczywistości


Odtwarzam się cała z kasety magnetofonowej. Nawet sny w nocy - bo przecież zawsze jest noc, biała czy czarna oślepia tak samo -  wzrastają na zardzewiałym szkielecie przyciętych powtórek. Znacząca oszczędność taśmy, gdy nie trzeba rejestrować nowości.
Dni odtwarzam zgodnie z listą ścieżek skrupulatnie wypunktowanych na drugiej stronie wkładki, a
gdy kończę, nad ranem wkładam się do łóżka pod parapetem (znowu przemeblowałam w ramach kolejnej mrożkowej rewolucji, a teraz mi się nie chce przesuwać regału na właściwe miejsce). Kiedy rozciągnę się od nad do pod, ustalę górną i dolną granicę, czuję się bezpiecznie, przynajmniej w jednym wymiarze. Myśli ściekają powolutku na jednakowy poziom i poruszają się wyłącznie horyzontalnie. Czasami miło popatrzeć na ślady, które zostawiają na płaszczyźnie: chaos ściśnięty za antyramą albo przyciśnięty szkiełkiem nakrywkowym mikroskopu, zależnie od tego czy znajdę się w silniejszym polu grawitacyjnym sztuki czy nauki.
Szkoda tylko, że ciało się nie rozluźnia. Leży zwinięte w ciasny węzeł. Najmocniej zasupłane mięśnie grzbietu napinają się okresowo od wielu lat. Przy niekorzystnym splocie problemów przewlekłych z ostrymi zmieniają się w kamienie i ciągną na dno, przyspieszając zanurzenie w nieświadomości. Jedyne podczas wsiadania do auta czuję chwilowe odprężenie i momentalne rozluźnienie począwszy od mięśni czworobocznych przez najszersze grzbietu, prostowniki aż po pośladkowe. Nic mnie tak nie relaksuje i nie uspokaja jak prowadzenie samochodu.
Szkoda, że tak późno to odkryłam. Jako kierowca rajdowy byłabym najspokojniejszym człowiekiem na Ziemi.

0 komentarze:

Prześlij komentarz