saga.maga.venefica.


Przelewają się przeze mnie opowieści. Rozbijają się falami o skaliste brzegi intuicji, nawilżają suche piaski wyobraźni. Tak, miejsce narodzin moich wyobrażeń jest pustynią, na której popękane usta bezgłośnie szepczą zaklęcia. Gdzie w ciągu dnia zmęczony upałem i brakiem wilgoci umysł poddaje się mamieniom Morgany. Gdzie tuż po zmroku tańczą czarownice, a w oddali rozlega się miarowy, hipnotyzujący rytm bębnów. Gdzie nocą płonie wielkie ognisko, które rozprasza chłód i buduje teatr wydobytych z jaźni cieni.
Dopiero zanurzona w ciszy i braku zewnętrznej obecności mogę uwolnić się od świata. Poczuć piasek we włosach i w ustach. Przesypywać przez palce rozgrzane drobinki. Otworzyć piekące od wiatru oczy. Dotknąć i zobaczyć. Usłyszeć grzechotanie i idąc jego tropem, odnaleźć ścieżkę niepokoju. U jej kresu wejść boso pomiędzy wijące się płowe cielska. Pozwolić wężom opleść łydki, poczekać aż na ciało spłynie spokój i zacząć uczyć się od nich płynności ruchów.
Grzechotniki wyznaczają granicę, po przekroczeniu której można już śmiało spróbować wniknąć głębiej. Otworzyć się na tajemnicę. Bez strachu, z czystą radością odkrywania wkładać dłoń w nieznane jamy i szczeliny, zdając się przy tym tylko na instynkt. Dać się poprowadzić pierwotnej naturze.

0 komentarze:

Prześlij komentarz