Kochany Pamiętniczku, wielcy pisali o swoich codziennostkach w dziennikach, bo codzienność przydarza się każdemu dość często, więc można wydać grube tomiszcza, żeby dzieci, chciwi ludzie i pamięć nie przymierali głodem, więc ja całkiem niewielka też bym przecież mogła tu napisać o wydarzeniach czy odczuciach. O przesądach, choć prywatne przekonanie, że niepozmywane naczynia w zlewie wysysają życie ze ścian i z człowieka wydaje mi się uzasadnione. O dolegliwościach, np. o ciekawym w odcieniach intensywności bólu w prawym barku lub o permanentnym zmęczeniu, które sobie uświadamiam tylko wtedy, gdy mam chwilę na odpoczynek, więc nie odpoczywam, by nie czuć się zmęczoną. Nawet, w ramach upamiętniania dnia, tak sobie cicho, gdy nikt nie mówi i nikt nie słucha, narratoruję w głowie swoją codzienność, zabarwiając lekką drwiną, bo przecież boję prawd absolutnych, więc muszę być autoironiczna, ale rezultat wyłącznie w myślach brzmi błyskotliwie i zabawnie. Reasumując, kochany pamiętniczku (małymi literami, bo z każdą chwilą coraz mniej cię szanuję), ja niewielka lepiej tu o codziennostkach pisać nie będę, tylko jakiś pył myśli czy przeczuć strząsnę dla higieny psychicznej i treningu bezwzrokowego pisania.
Wyrywam dziś dużo cytatów z książek, bo rozgrzebuję wiele książek, a potem porzucam trupy z otwartą, poszarpaną klatką. Cytat nie jest kotwicą dla myśli, chyba że ktoś myśli inercyjnie i nie ma problemów z koncentracją na jednej (symbolicznie: 1) kwestii. Zazwyczaj cytat jest haczykiem, na który łowi się ruchliwe rybki myśli. Rybki z przedziurawionym gardłem miotają się, panicznie rozpływają w losowych kierunkach ograniczonych tylko linką, do której przytwierdzony jest haczyk. Przerażone plują, krwawią i robią pełne strachu kupy, dlatego cudze sentencje mogą wydawać się inspirujące.
"Każdy strach ma kilka pięter". Powiem więcej, panie W. Osobiście znam ludzi, którzy mają całe wieżowce strachu. Ci ludzie chowają się w mokrych miastach zbudowanych z przypadkowo zestawionych strachów podświetlonych neonami i często myją szyby lub zatrudniają psychofachowców, by im te okna z widokiem na wewnętrzny strach czyścili.
Ja też mam wieżowiec, mam nadzieję, że mam wieżowiec, tylko mój zamiast w górę rośnie w dół, pod spód i nawet - a może zwłaszcza - ja słabo go widzę.
Gdyby się było grafomanem, to by się porównało wieżowiec rosnący w głąb do piekła, ale udaje się, że się nie jest, więc się nie porówna. Wie się, że to byłoby wierutne kłamstwo. Wie się, że to zwykłe korzonki, którymi czerpie się wartości odżywcze i energię do działania. Jeśliby się nawet chciało komuś taki wieżowiec pokazać, to trzeba by długo szukać wśród górników lub grabarzy, ale ci mają zbyt mityczno-zdroworozsądkowe podejście do rzeczywistości, by chcieć takie podziemne patologie oglądać.
Czytam Cohena, słucham Cave'a, znoszę książkowe drzewo na zimę, by nie marzły mi myśli. Smakuje mi ta jesień.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz